Tetenię bladym świtem obudziła ekipa wodociągowa. Dzwonili do bramy domagając się przejazdu dla swoich maszyn. Ponieważ Tetenia zazwyczaj nie wstaje przed jedenastą, trwało trochę, zanim zrozumiała czego tak natarczywie domagają się panowie. Zagarniając poły szlafroczka, podrobiła po klucz od bramy, który bóg jeden wiedzieć gdzie był i kto go ostatni dotykał. Psiekrwie i różne inne cholery, dostały się po części małżonkowi, jak i jego pupilowi, który usłyszawszy kotłujące się przy furtce towarzystwo sapał jak parowóz przy drzwiach, przebierając pazurami.
Zanim ekipa rozpoczęła pracę, Tetenia aresztowała psa, zamykając go na wydzielonej części ogrodu. Cisza na podwórzu zaniepokoiła ją dopiero na 32 stronie kobiecego pisma. Wyjrzała kuchennym oknem.
Maszyny stały. Panów nie było. To znaczy byli, ale pochowani. Dwóch siedziało upchniętych w kabinie mini koparki, trzeci, zamknął się w warzywniku Teteni. Na środku podwórza leżał i ział labrador, czerwonozłoty i spasiony niczym gigantyczna parówka. Oderwana od metalowych przęseł siatka leżała na ziemi, przykrywając wielgachny podkop wydarty w ziemi…
Pani! – wrzasnął chłop z warzywnych zagonków – to jakiś diabeł jest! Jak poooszedł, to ta siatka tylko fruwała! Zadem ją wyrwał! Ledwieśmy zdążyli uciec!
Tetenia najpierw stłukła psi tyłek laczuszkiem na koreczku, potem znalazła winnego. Mówiłam ci, żebyś mu na noc żreć nie dawał! – potrząsając gniewnie lokami, ryknęła w kierunku teścia skrabiącego się po kuchennych schodach. Zaskoczony atakiem starszy pan, przez chwilę oceniał swoje szanse, po czym honorowo gwizdnął na psa i obaj wycofali się z placu boju, chlastając wejściowymi drzwiami.
Panowie ziemnych hałd nie narobili, bo koparka specjalnym „kretem” kopała pod ziemią. Grzecznie się pożegnali, informując że wodę puszczą…za miesiąc!!! Pożegnała ich nowa porcja psiekrwi, tym razem w wykonaniu reszty domowników!
Kiedy sprawy nie idą jak iść powinny, nie ratuje ani święty spokój ani różne inne dystanse. Musi się wyszumieć, wygotować. Nie inaczej:0 To były piekielnie trudne dni. Najpierw rzeczowy i sympatyczny pan doktor zaznaczył – ma pani chorobę wieńcową! A, zaraz potem, pędziliśmy z moim szczęściem przez mroźną noc na szpitalną izbę przyjęć. Nieprzytomna z gorączki sarenka leciała przez ręce walcząc o oddech. Ma zapalenie krtani, trzeba jej szybko podać środki rozkurczowe…! – dysponował dyżurujący pediatra.
W tym wodociągowym szaleństwie jest metoda. Najbardziej brakuje mi teraz radości. I uśmiechu:)
poniedziałek, 18 października 2010
piątek, 15 października 2010
albo zima albo menopauza!
Tłoczno się zrobiło ostatnio pod moimi wierzbami nad stawem. Ciężko się wcisnąć na jakie rozmyślania, bo towarzystwo wali jak na procesję. Popołudniami na chodniku ze starej cegły wyleguje się suka, zaopatrzona w jabłka zerwane w sadzie z niziutkich jabłonek. Zawsze jeden i ten sam gatunek – słodki i soczysty! Zdejmuje je pyskiem delikatnie z gałęzi, sztuka po sztuce i ciumka, zapierając się o owoc przednimi łapami.
Z rana za to urzęduje śnieżnobiała czapla. Kradnie nam ryby. Lubię patrzeć jak poluje. Tyle w niej cierpliwości i konsekwencji. Przy tym jest wdzięczna i elegancka niczym rasowa kobieta. Choć to przecie równie dobrze może być facet? Zresztą nigdzie nie jest powiedziane, że facet nie może być rasowy i elegancki!
Jejmość dzisiaj spóźniona – mruczę złośliwie pod nosem, podglądając ptaszysko rankiem z okna sypialni. Zima za pasem, a pani wciąż stoi po kolana w wodzie. I żre! Czas się chyba zbierać w jakie cieplejsze rejony?! Ze co…? Że nie w sosie? Że niby, nie jestem…
Wkurza mnie byle co. Ledwie drobiazg, duperela wyprowadza z równowagi i zaczyna się jojczenie. Jak dodać pobekiwanie w rękaw i trzaskanie garami – to wychodzi na to, że nie znoszę dzisiaj samej siebie! Ki cholera?!
Domownicy – sprawiedliwość oddam – próbują z całych sił rozchmurzać. Powiedz kocie tatusiowi, jak mama robi? – kusił od świtu tata sarenki, zadając niewygodne pytania. Łałałał!!! – jazgocze dziewuszka szczęśliwa, że zna odpowiedź. Łał…łał…łał…odmierzam krok za krokiem ścieżką do świątyni dumania. Łał…łał…szeleszczą suche, wierzbowe listki pod stopami. Łał …!!! – wrzeszczą nad Wzgórzem gęsi. Świat się dziś na mnie uwziął, czy co?!
Albo zima za pasem albo menopauza!
PS. Wpatrując się w ciemne lustro wody wymyśliłam, że najważniejsze w wychowaniu dziecka jest…zbudowanie poczucia wartości. No i wszelakich innych wartości;) Parę dni temu w przedszkolu, pani Renia wygłosiła teorię o „radzeniu sobie”. Oto - samodzielny dzieciak zawsze sobie w życiu da radę! Jak od małego przyuczony do twardego życia, do codziennych czynności, to potem taka szkoła zaprocentuje. Że piernaty i inne pierzyny niedobre, bo amortyzują to co tak naprawdę ma nas hartować i budować. Bo potem może być za późno…
A guzik, pani Renatko:) Nie pomoże ani umiejętność gotowania, prania, odkurzanie ani nawet dziubdzianie na drutach! Największa lebiega, dwie lewe ręce, ale z wpojonym przez rodziców szacunkiem do samego siebie, będzie śmigać po tafli życia z rozwianym włosem! Zaś najlepsza złota rączka, najładniejsza panna „od tańca i różańca” – tyle, że zakompleksiała, przygarbi się do ziemi pod wpływem nieporadnych emocji.
Z rana za to urzęduje śnieżnobiała czapla. Kradnie nam ryby. Lubię patrzeć jak poluje. Tyle w niej cierpliwości i konsekwencji. Przy tym jest wdzięczna i elegancka niczym rasowa kobieta. Choć to przecie równie dobrze może być facet? Zresztą nigdzie nie jest powiedziane, że facet nie może być rasowy i elegancki!
Jejmość dzisiaj spóźniona – mruczę złośliwie pod nosem, podglądając ptaszysko rankiem z okna sypialni. Zima za pasem, a pani wciąż stoi po kolana w wodzie. I żre! Czas się chyba zbierać w jakie cieplejsze rejony?! Ze co…? Że nie w sosie? Że niby, nie jestem…
Wkurza mnie byle co. Ledwie drobiazg, duperela wyprowadza z równowagi i zaczyna się jojczenie. Jak dodać pobekiwanie w rękaw i trzaskanie garami – to wychodzi na to, że nie znoszę dzisiaj samej siebie! Ki cholera?!
Domownicy – sprawiedliwość oddam – próbują z całych sił rozchmurzać. Powiedz kocie tatusiowi, jak mama robi? – kusił od świtu tata sarenki, zadając niewygodne pytania. Łałałał!!! – jazgocze dziewuszka szczęśliwa, że zna odpowiedź. Łał…łał…łał…odmierzam krok za krokiem ścieżką do świątyni dumania. Łał…łał…szeleszczą suche, wierzbowe listki pod stopami. Łał …!!! – wrzeszczą nad Wzgórzem gęsi. Świat się dziś na mnie uwziął, czy co?!
Albo zima za pasem albo menopauza!
PS. Wpatrując się w ciemne lustro wody wymyśliłam, że najważniejsze w wychowaniu dziecka jest…zbudowanie poczucia wartości. No i wszelakich innych wartości;) Parę dni temu w przedszkolu, pani Renia wygłosiła teorię o „radzeniu sobie”. Oto - samodzielny dzieciak zawsze sobie w życiu da radę! Jak od małego przyuczony do twardego życia, do codziennych czynności, to potem taka szkoła zaprocentuje. Że piernaty i inne pierzyny niedobre, bo amortyzują to co tak naprawdę ma nas hartować i budować. Bo potem może być za późno…
A guzik, pani Renatko:) Nie pomoże ani umiejętność gotowania, prania, odkurzanie ani nawet dziubdzianie na drutach! Największa lebiega, dwie lewe ręce, ale z wpojonym przez rodziców szacunkiem do samego siebie, będzie śmigać po tafli życia z rozwianym włosem! Zaś najlepsza złota rączka, najładniejsza panna „od tańca i różańca” – tyle, że zakompleksiała, przygarbi się do ziemi pod wpływem nieporadnych emocji.
piątek, 8 października 2010
od góry, czy w dół...?
Wielbłąd gapił się na nas impertynencko. Memłał przy tym cały czas gębą, z wyraźnym zamiarem churchnięcia wymemłanej zawartości w naszym kierunku. Głucha na protesty sarenki, wycofałam na wszelki wypadek spacerówkę. Na pięć metrów nie splunie, nie ma mowy…Włochaty stwór zagulgotał i przełknął. Dziecko zapiszczało w zachwycie, wyciągając z torby pszenną bułę. No. Teraz ten bydlak zacznie się na dodatek ślinić…
Zamiast do przedszkola pojechałyśmy w przeciwną stronę. Do parku w miasteczku oddalonym kilkanaście kilometrów. Na wagary. Powłóczyć się. Zdystansować. Powietrze było rześkie, ławki w parku puste, a na ogromnym placu zabaw ledwie dwóch tatusiów z pociechami. Można pomarzyć albo oczy zamknąć. Nawet włosy z głowy rwać lub cichutko popłakać. Nikt nie zauważy. Dromadery spacerujące ku uciesze gawiedzi po zagrodzie, skutecznie odwrócą uwagę.
Rozłożyłam na kolanie papierową harmonijkę wydruku. Ładny – w czerwoną kratkę. Z amplitudą czarnych podskoków. Metrowy kawałek pracy mojego czterdziestoparoletniego serca. Zaburzenia…- nabazgrała w opisie pani doktor. Nigdzie nie stało, że serce dobre albo złe, że kocha, wzrusza się czy nienawidzi, że zawsze mocniej bije, gdy robię to co robić lubię…Tak zwyczajnie – po ludzku, z zacięciem. Może i nie jest młode. Taki nieco przechadzany model, ale mocne. Dało radę, gdy bywało źle. Nie pękło, gdy świat wokół runął. A tu marne - „zaburzenia”...
Wcale mi się nie chciało robić tego EKG. Młody człowiek w gabinecie zabiegowym uśmiechnął się szeroko i kazał rozebrać do połowy…od góry, czy w dół…zapytałam błyskotliwie, szukając drogi ucieczki. W sukurs przybyła sarenka, uczepiwszy się nogi jasno dała panu do zrozumienia, że żadnych badań nie będzie. Tylko proszę z tym nie zwlekać, zwłaszcza jeśli coś się dzieje…pan pomachał nam na pożegnanie, pewnie trochę zawiedziony. Nie czekałam. Dziecko podrzuciłam Teteni i ucelowawszy w kobiecą obsadę dyżurki, pozwoliłam sobie obwiesić cycki czujnikami. Piknęło w końcu, taśma wyleciała. Śliczna panna z ciemnymi jak krew paznokciami podziękowała.
Jeszcze nie wiem co zrobię. Może zapiszę się na taniec? Albo zacznę rzeźbić w lodzie? Może jak Cejrowski wyruszę na wyprawę poznać życie dzikich plemion. Albo ruszę przez pustynię na tym śmierdzącym wielbłądzie! Mam obciążony zawałami wywiad i chyba zbyt mało czasu na... życie. Muszę przestać je trwonić. A może się mylę? Może właśnie nie tracę ani minuty…
Sarenka wykonała w parku uroczy pląs na pożegnanie. Wydziamgana przez dziecko buła dostała się gołębiom. Wielbłąd natychmiast stracił zainteresowanie. Zostawiając za plecami egzotykę wróciłyśmy do widoku sołtysowych świń. i kluczy dzikich gęsi, które pokryły niebo nad Wzgórzem czarnymi wstążkami. Moje szczęście po powrocie z pracy długo patrzyło w załzawione joasine oczy. Przytulając, wydmuchało szeptem w moje włosy…Tak cię kocham…
czwartek, 30 września 2010
Niech od razu się wypłacze...
Idzie jak krew z nosa. Zamiast parę godzin dziennie na różnych zawodowych kreacjach, wrzesień w całości przesiedziałam w wiejskim przedszkolu, czołgając się po dywanie, budując wieże z klocków, ocierając zasmarkany nosek i licząc po cichu, że cud się stanie i sarenka pewnego pięknego dnia da mi wychodne…
Najpierw testowaliśmy sposób pani Basi…Niech od razu się wypłacze, potem będzie święty spokój! - przekonała mnie długim stażem. Zgodnie z zaleceniem zostawiałam zdumione dziecko na środku sali i zdecydowanym, kretyńskim krokiem opuszczałam lokal. Przez trzy dni w milczeniu córeczka oglądała dzieci, zabawki, niskie umywalki w toalecie, plac zabaw na podwórku, dostała nawet medal dla najdzielniejszego przedszkolaka… Czwartego dnia zadzwonił telefon …niech pani migiem przyjeżdża, nie możemy jej uspokoić, cały czas płacze…Sama miałam problemy, żeby wyciszyć i uspokoić roztrzęsioną, dwuletnią dziewczynkę.
Okazuje się, że nie sposób kroić wszystkich jedną miarką. Zły początek sprawił, że dziecko przez kolejne dwa tygodnie nie puściło mojej nogawki, a noce spędzało na naszych poduszkach włażąc nam na głowy. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że ktoś przywiązał mi do nogi 13 kilogramową kotwicę.
Wtedy do akcji wkroczyła pani Renia – Trzeba na nowo odbudować jej zaufanie. Jak się nie uda – trudno – jest dla niej za wcześnie… spróbujecie za rok. Pokiwałam smętnie głową, węsząc porażkę i przywiozłam do przedszkola wydeptane, niebieskie kapcie. Przez 2 tygodnie żadnych postępów. Sarenka dreptała za mną krok w krok, wychwytując nadludzkim zmysłem najmniejsze próby oddalenia się na centymetr. Weźmy opiekunkę! – błagałam męża popołudniami, wykończona całodobowym matkowaniem. I chłop byłby uległ żoninym lamentom, gdyby nie radosne prognozy naszej pani logopedy. Sarenka chodzi do przedszkola! Brawo! Tylko niech pani nie przyjdzie do głowy ją stamtąd zabierać!
Młoda, chudziutka jak wiosenny szczypiorek pani Ewelina nieśmiało zaproponowała pewnego dnia, żeby …może popołudniami przyjeżdżać? Dzieci jest wtedy mniej, mogę jej poświęcić więcej czasu?
Początkowo układały we dwie puzzle, rysowały, wycinały jesienne dekoracje. Maluch pomagał wychowawczyni wkładać dziecięce rysunki do segregatorów, porządkował porozrzucane zabawki. Zapracowana dziewuszka bez problemu wypuszczała mnie z sali do toalety. Aż uznała, że jej przeszkadzam w dobrej zabawie i sama wskazywała drzwi prosząc…mama sisi!
Moje „siusianie” trwa obecnie aż dwie godziny dziennie:) Nauczona przykrym doświadczeniem nie chcę przeholować. Liczę na październikowe postępy i kolejną godzinkę wychodnego. O pełnym etacie na razie nawet nie marzę. Gdybym zaczęła chodzenie do przedszkola techniką małych kroków, pewnie pracownia działałaby już w najlepsze. A tak, mam – zawodowy święty spokój!
Najpierw testowaliśmy sposób pani Basi…Niech od razu się wypłacze, potem będzie święty spokój! - przekonała mnie długim stażem. Zgodnie z zaleceniem zostawiałam zdumione dziecko na środku sali i zdecydowanym, kretyńskim krokiem opuszczałam lokal. Przez trzy dni w milczeniu córeczka oglądała dzieci, zabawki, niskie umywalki w toalecie, plac zabaw na podwórku, dostała nawet medal dla najdzielniejszego przedszkolaka… Czwartego dnia zadzwonił telefon …niech pani migiem przyjeżdża, nie możemy jej uspokoić, cały czas płacze…Sama miałam problemy, żeby wyciszyć i uspokoić roztrzęsioną, dwuletnią dziewczynkę.
Okazuje się, że nie sposób kroić wszystkich jedną miarką. Zły początek sprawił, że dziecko przez kolejne dwa tygodnie nie puściło mojej nogawki, a noce spędzało na naszych poduszkach włażąc nam na głowy. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że ktoś przywiązał mi do nogi 13 kilogramową kotwicę.
Wtedy do akcji wkroczyła pani Renia – Trzeba na nowo odbudować jej zaufanie. Jak się nie uda – trudno – jest dla niej za wcześnie… spróbujecie za rok. Pokiwałam smętnie głową, węsząc porażkę i przywiozłam do przedszkola wydeptane, niebieskie kapcie. Przez 2 tygodnie żadnych postępów. Sarenka dreptała za mną krok w krok, wychwytując nadludzkim zmysłem najmniejsze próby oddalenia się na centymetr. Weźmy opiekunkę! – błagałam męża popołudniami, wykończona całodobowym matkowaniem. I chłop byłby uległ żoninym lamentom, gdyby nie radosne prognozy naszej pani logopedy. Sarenka chodzi do przedszkola! Brawo! Tylko niech pani nie przyjdzie do głowy ją stamtąd zabierać!
Młoda, chudziutka jak wiosenny szczypiorek pani Ewelina nieśmiało zaproponowała pewnego dnia, żeby …może popołudniami przyjeżdżać? Dzieci jest wtedy mniej, mogę jej poświęcić więcej czasu?
Początkowo układały we dwie puzzle, rysowały, wycinały jesienne dekoracje. Maluch pomagał wychowawczyni wkładać dziecięce rysunki do segregatorów, porządkował porozrzucane zabawki. Zapracowana dziewuszka bez problemu wypuszczała mnie z sali do toalety. Aż uznała, że jej przeszkadzam w dobrej zabawie i sama wskazywała drzwi prosząc…mama sisi!
Moje „siusianie” trwa obecnie aż dwie godziny dziennie:) Nauczona przykrym doświadczeniem nie chcę przeholować. Liczę na październikowe postępy i kolejną godzinkę wychodnego. O pełnym etacie na razie nawet nie marzę. Gdybym zaczęła chodzenie do przedszkola techniką małych kroków, pewnie pracownia działałaby już w najlepsze. A tak, mam – zawodowy święty spokój!
poniedziałek, 20 września 2010
pieprzyć pierogi!
Nie mam pojęcia kiedy mój syn stał się mężczyzną. Może wtedy, gdy wrócił z pierwszych saksów, na które wypuścił się zaraz po maturze? Z dumą położył na kuchennym stole wypchany portfel...zarobiłem na wymarzonego laptopa i pierwszy rok studiów! Może wówczas, gdy stary lekarz, mamrocząc pod nosem pozbawił go złudzeń… przy sporej dawce rozwagi i stałym przyjmowaniu leków da się jakoś z tym żyć…Albo, wiele lat temu, na pogrzebie ojca, gdy ten jeden jedyny raz płakał bezsilnie, tuląc się w moich ramionach?
Wciąż wydawał mi się taki dziecinny i nieporadny. Chudy dryblas z głową w chmurach. Myślałam – ma jeszcze tyle czasu na dorastanie, na miłość, na rozterki. Niech podczytuje Tolkiena, ustawia mecze w komputerze, zadaje milion głupich pytań, na które nie znam odpowiedzi! Moje duże dziecko stało się mężczyzną, a ja nie zauważyłam, zajęta matkowaniem sarence…
Przytulił mnie, w niedzielne popołudnie, gdy gotowałam ruskie pierogi. Stałam skamieniała jak żona Lota z kapiącym cedzakiem, licząc bezmyślnie wynurzające się na powierzchnię kawałki ciasta… raz, dwa…pięć… Zamknął szczelnie w tych swoich długich jak boa ramionach i mówi – No nie martw się już mamusiu, przecież wiesz, że wszystko będzie dobrze…W garze z pierogami wrzało i pluskało. Oczy mi zwilgotniały – pewnie od tej pary… Cedzak z rozmachem wylądował w zlewie. Pieprzyć pierogi! Uczepiłam się dużego dziecka, jak nie przymierzając kleszcz! Chwilę potem grzecznie zabrałam się za dokończenie niedzielnego obiadu. Okazja była przecie wyjątkowa. W życiu mojego syna pojawiła się kobieta…
Jaka jest? To w zasadzie bez znaczenia. Panie Boże spraw, by go kochała, tak jak na to zasługuje…Panie Boże spraw, by nie wyrządziła krzywdy mojemu dziecku…
Wciąż wydawał mi się taki dziecinny i nieporadny. Chudy dryblas z głową w chmurach. Myślałam – ma jeszcze tyle czasu na dorastanie, na miłość, na rozterki. Niech podczytuje Tolkiena, ustawia mecze w komputerze, zadaje milion głupich pytań, na które nie znam odpowiedzi! Moje duże dziecko stało się mężczyzną, a ja nie zauważyłam, zajęta matkowaniem sarence…
Przytulił mnie, w niedzielne popołudnie, gdy gotowałam ruskie pierogi. Stałam skamieniała jak żona Lota z kapiącym cedzakiem, licząc bezmyślnie wynurzające się na powierzchnię kawałki ciasta… raz, dwa…pięć… Zamknął szczelnie w tych swoich długich jak boa ramionach i mówi – No nie martw się już mamusiu, przecież wiesz, że wszystko będzie dobrze…W garze z pierogami wrzało i pluskało. Oczy mi zwilgotniały – pewnie od tej pary… Cedzak z rozmachem wylądował w zlewie. Pieprzyć pierogi! Uczepiłam się dużego dziecka, jak nie przymierzając kleszcz! Chwilę potem grzecznie zabrałam się za dokończenie niedzielnego obiadu. Okazja była przecie wyjątkowa. W życiu mojego syna pojawiła się kobieta…
Jaka jest? To w zasadzie bez znaczenia. Panie Boże spraw, by go kochała, tak jak na to zasługuje…Panie Boże spraw, by nie wyrządziła krzywdy mojemu dziecku…
wtorek, 14 września 2010
ulubiona litania
Najbardziej na świecie lubię ludzi. Lubię zaglądać im w oczy. Bezwstydnie. I z nadzieją na rozwiązanie zagadek, które kryją. Wsłuchiwać się w ich opowieści, milczeć razem lub przysiąść na ławce w parku. I wierzyć. Kołysać tę wiarę w sobie cichutko, by dodawała sił w zwątpieniu. Mami…najbardziej na świecie to ja lubię ludzi!!!
Mamigora dała mi zadanie. Trudnie piekielnie i niewdzięczne, no bo jak tu z całej litanii dziesięć rzeczy najulubieńszych wybrać i w słupek zestawić. Reszta się przecie obrazi!
Lubię jak wszyscy są w domu. Jak moje szczęście wciskając łokcie w blat kuchennego stołu modli się jakieś 40 minut do kubka z wystygniętą herbatą i po raz 30 pyta: I co jeszcze? Co jeszcze dziś się wydarzyło? Jak przez kolejne 40 minut opowiadamy z sarenką o karpiu obżerającym wierzbowe listki, zwisające nad wodą albo o wyprawie do lasu, skąd przytargałyśmy kanie wielkie jak parasole.
Lubię ciszę przed burzą. Taki stan, gdy nie wiem jeszcze nic o rzeczach, które tworzę. Dotykam tworzywa. Czuję poruszające się w środku motyle. Wydaje mi się, że wystarczy jedynie sięgnąć po odpowiedź. Prawdziwym cudem jest chwila, gdy z bezwładnie rozsypanych wyrazów powstaje treść, gdy szkic ledwie zyskuje kształt i fakturę, gdy obracany w palcach przedmiot zyskuje duszę…Tworzenie jest cudem!
Lubię duże i małe dziecko, bo są wyjątkowym darem od Pana Boga. I każdego dnia walę czołem o podłogę z wdzięczności za taki podarek!
Lubię smak mojego mężczyzny. I seks, bo jest najpiękniejszym dopełnieniem ludzkiej miłości. Medytacją we dwoje. Radością i bezwarunkową akceptacją.
Lubię pisać. Na razie nie wiem jeszcze czy powinnam.
Lubię domową kawę - za aromat i poranną medytację. Czerwone wino - najbardziej wiśniowo-porzeczkowe z produkcji mojego szczęścia. I lody i czekoladę - bakaliowe i wszystkie inne:)
Lubię morze i chciałabym mieszkać nad Bałtykiem.
Lubię być tu i teraz….z powodów wyżej wymienionych:)
Na deser zostawiam sobie - Joasię, pyzatą, w średnim wieku, ni głupią ni przemądrzałą. Mieszka na Wzgórzu. Lubię ją...
Miami, to było trudne zadanie. Dziękuję za wybór. Osoby, którym chciałabym zadać to pytanie, nie piszą tutaj bloga (nie wszystkie), może jednak uda mi się tą drogą namówić je do takiej spowiedzi? JolaJola:) Geminia:) Uleczka:) i Adrianna:)
Mamigora dała mi zadanie. Trudnie piekielnie i niewdzięczne, no bo jak tu z całej litanii dziesięć rzeczy najulubieńszych wybrać i w słupek zestawić. Reszta się przecie obrazi!
Lubię jak wszyscy są w domu. Jak moje szczęście wciskając łokcie w blat kuchennego stołu modli się jakieś 40 minut do kubka z wystygniętą herbatą i po raz 30 pyta: I co jeszcze? Co jeszcze dziś się wydarzyło? Jak przez kolejne 40 minut opowiadamy z sarenką o karpiu obżerającym wierzbowe listki, zwisające nad wodą albo o wyprawie do lasu, skąd przytargałyśmy kanie wielkie jak parasole.
Lubię ciszę przed burzą. Taki stan, gdy nie wiem jeszcze nic o rzeczach, które tworzę. Dotykam tworzywa. Czuję poruszające się w środku motyle. Wydaje mi się, że wystarczy jedynie sięgnąć po odpowiedź. Prawdziwym cudem jest chwila, gdy z bezwładnie rozsypanych wyrazów powstaje treść, gdy szkic ledwie zyskuje kształt i fakturę, gdy obracany w palcach przedmiot zyskuje duszę…Tworzenie jest cudem!
Lubię duże i małe dziecko, bo są wyjątkowym darem od Pana Boga. I każdego dnia walę czołem o podłogę z wdzięczności za taki podarek!
Lubię smak mojego mężczyzny. I seks, bo jest najpiękniejszym dopełnieniem ludzkiej miłości. Medytacją we dwoje. Radością i bezwarunkową akceptacją.
Lubię pisać. Na razie nie wiem jeszcze czy powinnam.
Lubię domową kawę - za aromat i poranną medytację. Czerwone wino - najbardziej wiśniowo-porzeczkowe z produkcji mojego szczęścia. I lody i czekoladę - bakaliowe i wszystkie inne:)
Lubię morze i chciałabym mieszkać nad Bałtykiem.
Lubię być tu i teraz….z powodów wyżej wymienionych:)
Na deser zostawiam sobie - Joasię, pyzatą, w średnim wieku, ni głupią ni przemądrzałą. Mieszka na Wzgórzu. Lubię ją...
Miami, to było trudne zadanie. Dziękuję za wybór. Osoby, którym chciałabym zadać to pytanie, nie piszą tutaj bloga (nie wszystkie), może jednak uda mi się tą drogą namówić je do takiej spowiedzi? JolaJola:) Geminia:) Uleczka:) i Adrianna:)
poniedziałek, 6 września 2010
A gwiazdy, świecą nocą...
Zostaw gary, pokażę ci coś…- małżeńskie szczęście objęło mnie ochoczo w pasie, wlekąc przekonująco w kierunku drzwi na podwórze. W zlewie, poutykany byle jak stos naczyń czekał na rozpracowanie. Przytomnie – zastąpiłam stołową zastawę kartonowymi tackami i innym plastikowym śmieciem, więc kupka do zmywania znacznie się ograniczyła.
Śmierdzący dymem z ogniska, ostatni, rozochoceni goście, dopiero co odjechali. Obudzone śpiewami bocianisko darło się żałośnie na słupie, poświstując żewliwie. Stare ptaki odleciały kilka dni temu. Porzuciły młodziaka, który ledwie tydzień temu opanował sfruwanie z gniazda. Spaceruje nam teraz dni całe pod oknami wydziobując z mokrej ziemi tłuste rosówki i inne robactwo. Pies zdaje się go zupełnie ignorować, koty gapią się obojętnie. Przyjeżdżają różni - popatrzeć. Auta zatrzymują, zdjęcia robią. A młody bociek kroczy dostojnie asfaltem i zagląda to na podwórko do sąsiadów, to na moje cyniowe rabatki. Postoi na jednej nodze na poboczu, łypie jednym okiem i zgężony po zimnych nocach, suszy w słońcu piórka. Ornitolog zajrzał parę razy, głową pokręcił – aż cztery bocianie pary w okolicy wychowały zbyt późno swoje młode. Kazał do kurnika z kurami zagnać i przez zimę przechować. Mięso mu dajcie i jakoś będzie…zapomnieliśmy tylko zapytać, jakie – drób… czy wieprzowinę…
Poczłapałam za chłopem niechętnie, bo ogień w ogrodowym palenisku przygasł, zimny wiatr czesał powierzchnię stawu i od wody ciągnęło niemiłosiernie. Właściwie, powinnam za nim lecieć kurcgalopem, wąsy czochrać i w oczy zaglądać. A ja lezę jak na odstrzał... pocmokałam nad sobą politowaniem. Ze sześć razy stawał mi dziś przed oczami opięty dżinsami mężowski tyłeczek przy ogniskowych manipulacjach. Dżinsy stare, ulubione, z czasów, gdy chłopa poznałam. Nic a nic nie poszerzane w pasie…Tyłeczek zgrabny, nic a nic z fasonu nie stracił. Pewnie inne też zauważyły…Ot baba durna ze mnie!
Kuknąwszy szybciutko do sarenki, która spała trzymając w objęciach wściekle różowy tornister, puściłam się po świeżono skoszonej trawie niczym łania – ociężała wprawdzie, ale zawsze... Małżonek ustawił tuż przy ogniu niziutkie taborety. Otrzymałam kubek z inką i wełniany pled. Pomilczeliśmy chwilę, gapiąc się w żarzące palenisko. Lśniło hipnotycznie niczym rozgwieżdżone letnie niebo…
Spójrz w górę – powiedział, uśmiechając się przekornie. Od tego uśmiechu trochę zmiękły mi kolana. Potem oniemiałam z zachwytu. Niebo nad Wzgórzem było głębokie, kruczoczarne, jak zasłona z ciężkiego, miękkiego pluszu usiana milionem mieniących się diamencików. Te wielkie były na wyciągnięcie ręki, wisiały ciężko, dojrzałe do zbiorów. Te malutkie migotały zalotnie, niedostępne i dalekie. Kiedy mój mężczyzna zanurzał we mnie dłonie i usta, nie wiedziałam czy to nasze ognisko odbija się na nocnym niebie, czy gwiezdna mapa przegląda się w palenisku…
Lato chyba na dobre odeszło.
Czasem zapominamy o miłości. O gwiazdach. Bywamy żonami i matkami. Kwokami drobiącymi czule nad domostwem. Praktyczne i przepracowane. Starannie zrobione na użytek cudzy i własny. Czasem zapominamy, że jesteśmy dziewczynami, tymi samymi, które patrząc w gwiazdy umierały z miłości...
Śmierdzący dymem z ogniska, ostatni, rozochoceni goście, dopiero co odjechali. Obudzone śpiewami bocianisko darło się żałośnie na słupie, poświstując żewliwie. Stare ptaki odleciały kilka dni temu. Porzuciły młodziaka, który ledwie tydzień temu opanował sfruwanie z gniazda. Spaceruje nam teraz dni całe pod oknami wydziobując z mokrej ziemi tłuste rosówki i inne robactwo. Pies zdaje się go zupełnie ignorować, koty gapią się obojętnie. Przyjeżdżają różni - popatrzeć. Auta zatrzymują, zdjęcia robią. A młody bociek kroczy dostojnie asfaltem i zagląda to na podwórko do sąsiadów, to na moje cyniowe rabatki. Postoi na jednej nodze na poboczu, łypie jednym okiem i zgężony po zimnych nocach, suszy w słońcu piórka. Ornitolog zajrzał parę razy, głową pokręcił – aż cztery bocianie pary w okolicy wychowały zbyt późno swoje młode. Kazał do kurnika z kurami zagnać i przez zimę przechować. Mięso mu dajcie i jakoś będzie…zapomnieliśmy tylko zapytać, jakie – drób… czy wieprzowinę…
Poczłapałam za chłopem niechętnie, bo ogień w ogrodowym palenisku przygasł, zimny wiatr czesał powierzchnię stawu i od wody ciągnęło niemiłosiernie. Właściwie, powinnam za nim lecieć kurcgalopem, wąsy czochrać i w oczy zaglądać. A ja lezę jak na odstrzał... pocmokałam nad sobą politowaniem. Ze sześć razy stawał mi dziś przed oczami opięty dżinsami mężowski tyłeczek przy ogniskowych manipulacjach. Dżinsy stare, ulubione, z czasów, gdy chłopa poznałam. Nic a nic nie poszerzane w pasie…Tyłeczek zgrabny, nic a nic z fasonu nie stracił. Pewnie inne też zauważyły…Ot baba durna ze mnie!
Kuknąwszy szybciutko do sarenki, która spała trzymając w objęciach wściekle różowy tornister, puściłam się po świeżono skoszonej trawie niczym łania – ociężała wprawdzie, ale zawsze... Małżonek ustawił tuż przy ogniu niziutkie taborety. Otrzymałam kubek z inką i wełniany pled. Pomilczeliśmy chwilę, gapiąc się w żarzące palenisko. Lśniło hipnotycznie niczym rozgwieżdżone letnie niebo…
Spójrz w górę – powiedział, uśmiechając się przekornie. Od tego uśmiechu trochę zmiękły mi kolana. Potem oniemiałam z zachwytu. Niebo nad Wzgórzem było głębokie, kruczoczarne, jak zasłona z ciężkiego, miękkiego pluszu usiana milionem mieniących się diamencików. Te wielkie były na wyciągnięcie ręki, wisiały ciężko, dojrzałe do zbiorów. Te malutkie migotały zalotnie, niedostępne i dalekie. Kiedy mój mężczyzna zanurzał we mnie dłonie i usta, nie wiedziałam czy to nasze ognisko odbija się na nocnym niebie, czy gwiezdna mapa przegląda się w palenisku…
Lato chyba na dobre odeszło.
Czasem zapominamy o miłości. O gwiazdach. Bywamy żonami i matkami. Kwokami drobiącymi czule nad domostwem. Praktyczne i przepracowane. Starannie zrobione na użytek cudzy i własny. Czasem zapominamy, że jesteśmy dziewczynami, tymi samymi, które patrząc w gwiazdy umierały z miłości...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)