Pogoda do reszty zwariowala. W poludnie slupek termometru przekracza 20 stopni, nocami nie opada ponizej 10. Pszczoly klebia sie przed ulami, jakby zabieraly sie do pierwszych oblotow. A powinny o tej porze zbic sie w klab i zimowac. Mir nie wytrzymal, zajrzal do kilku uli... Krolowe w najlepsze trzaskaja jajami po ramkach. Niedobrze. Nasze dziewczynki beda potrzebowaly wiecej pokarmu, zeby ogrzac ten czerw. Moze nie wystarczy im zapasow. Chlop nerwowo kreci wasa, ogladajac internetowe meteo, na ktorym od tygodni niewiele sie zmienia. Malo deszczu, slonce, cieplo, cieplo, wciaz cieplo. Znow jak mantre uslysze pare razy na dzien... nie bedzie miodu w przyszlym roku...!
wtorek, 10 listopada 2015
po sezonie
Przez krate w kuchennym oknie Mir wsypal wczoraj w moje dlonie garsc malin. Byly chlodne, troche kwasne, pachnialy tesknota za letnim sloncem. Calkiem niezle jak na listopadowe owoce... W ogrodzie znakomicie maja sie nadal truskawki, salata i caly warzywny garnitur. Myslalam, zeby jarzynki wykopac - jak przystalo - na zime, lecz dziadek Replinger radzi: Zostaw, marchew i pietruszka swietnie sie w ziemi przechowuja... Noooo, mam watpliwosci, ale raczyl mnie w styczniu i lutym olbrzymia marchwia ze swojego ogrodu, wiec musze uwierzyc staremu na slowo. W koncu to nasz autorytet w sprawach warzywniaka.
Pogoda do reszty zwariowala. W poludnie slupek termometru przekracza 20 stopni, nocami nie opada ponizej 10. Pszczoly klebia sie przed ulami, jakby zabieraly sie do pierwszych oblotow. A powinny o tej porze zbic sie w klab i zimowac. Mir nie wytrzymal, zajrzal do kilku uli... Krolowe w najlepsze trzaskaja jajami po ramkach. Niedobrze. Nasze dziewczynki beda potrzebowaly wiecej pokarmu, zeby ogrzac ten czerw. Moze nie wystarczy im zapasow. Chlop nerwowo kreci wasa, ogladajac internetowe meteo, na ktorym od tygodni niewiele sie zmienia. Malo deszczu, slonce, cieplo, cieplo, wciaz cieplo. Znow jak mantre uslysze pare razy na dzien... nie bedzie miodu w przyszlym roku...!
To byl dobry sezon. I dobry miod. Ten pierwszy miel de printemps, delikatny i slodki, niemal w calosci skremowalismy, wiec ma konsystencje nutelli. Smaruje sie lekko na chrupiacej bagietce i uwielbiaja go dzieci. Baza sa miedzy innymi kwiaty wierzby, owocowych drzew, rzepaku, koniczyny i mniszka. Potem pojawil sie miod akacjowy, choc akacji w naszej okolicy ze swieca szukac. Miejscowi rolnicy wycieli co sie da na slupki do ogrodzen wokol pastwisk. Robiniowe drzewo dobre, twarde, prochno sie go nie ima. Wiec trzeba sie z ulami nalatac, zeby pszczoly zebraly co swoje. Trudno tez dziewczynki namowic, zeby tylko na koszyczki akacji lataly. Znosza co znajda i mieszanka wychodzi. Adrien wywiozl w tym roku ule nad niemiecka granice, w zagajnik robinii schowal. Pierwszy raz jadlam taki miod, przezroczysty jak woda, o lekko zielonkawej poswiacie, wlasciwie ani slodki ani aromatyczny. Prawdziwa stuprocentowa akacja. Tyle, ze zaden klient by jej nie kupil:)
Potem zakwitly jezyny i zbieralismy ostatni miod tego lata - miel de foret. Baza sa krzaki jezyn i spadz na liściach dębow, bukow, wiązow, klonow. Miod ciezki, lekko kwasny, o aromacie suchych lisci. Caramel !!! - wykrzyknal dziadek Replinger, kiedy przynioslam mu pierwszy sloik skremowanego lesnego miodu. Jesienia przytargalismy stary bufet Henriette i ulozylam nasza kolekcje. Mir przykrecil tabliczke przed domem. I rozdzwonil sie na dobre brzeczyk przy starych drzwiach famille Jacques: Vous avez du miel?
Pogoda do reszty zwariowala. W poludnie slupek termometru przekracza 20 stopni, nocami nie opada ponizej 10. Pszczoly klebia sie przed ulami, jakby zabieraly sie do pierwszych oblotow. A powinny o tej porze zbic sie w klab i zimowac. Mir nie wytrzymal, zajrzal do kilku uli... Krolowe w najlepsze trzaskaja jajami po ramkach. Niedobrze. Nasze dziewczynki beda potrzebowaly wiecej pokarmu, zeby ogrzac ten czerw. Moze nie wystarczy im zapasow. Chlop nerwowo kreci wasa, ogladajac internetowe meteo, na ktorym od tygodni niewiele sie zmienia. Malo deszczu, slonce, cieplo, cieplo, wciaz cieplo. Znow jak mantre uslysze pare razy na dzien... nie bedzie miodu w przyszlym roku...!
piątek, 26 czerwca 2015
jezyk serca
Kiedy jedyny we wsi Polak zwolywal pod wieczor kury do kurnika, wszystkie tubylcze dziecka wisialy na plocie, towarzyszac mu choralnie... ciiiip!!...ciiiip!!...ciip!!..ciiip!!...Michel do dzis z luboscia powtarza owe "cip,cip", choc prawie pol wieku przelecialo. U potomkow kurzego hodowcy slowa polskiego juz nie uswiadczy, a kury? Chyba ze w lodowce, w hipermarkecie. W odwecie za cip cip, smiejemy sie z Michela, ktory do drobiu zwraca sie per bi..bi...bi!!! Matko jedyna! Zreszta co z niego za paysan na hektarach, co marchewki w carrefour kupuje!
Nasze trzy czerwone cipulcie przyjechaly w kartonach tydzien temu. Pol dnia lypaly podejrzeliwie na wyrosnieta salate, co im moje szczescie na deser podsunelo pod dziob. Jak wreszcie zajarzyly o co chodzi z tym zielonym, rozszarpaly habuzia w strzepy. Potem zaczely strzelac jajami:) Czasem musimy ciagnac losy, kto leci do kurnika po nowa dostawe, bo kazdy chce zrobic ustami to slodkie ciiip.. ciiiip... ciiiip!
Moje kurcze opierzone coraz sliczniej. Coraz madrzej. I wciaz reaguje: i na cip cip i na bibi:) Chodz w jej glowce juz mieszaja sie slowa i czasem brak cierpliwosci by znalezc wlasciwe nazywanie rzeczy, spraw i emocji. Bardzo bym chciala zachowac te rownowage. Bysmy zawsze mogly dogadac sie w naszym wspolnym jezyku.
Jakikolwiek by on nie byl...
PS.
Czasem dobrze czerpac z doswiadczen innych ludzi:) Gege, ukochana Michela ma problem z hashimoto. Poniewaz i moja tarczyca zgasla czas jakis temu, chyba bezpowrotnie, pytam jej: Jak sobie radzisz ze zmeczeniem, ktore jest jednym z objawow tej choroby? Francuzka popatrzyla na mnie ze zdziwieniem: Znakomicie. Kiedy tylko mam potrzebe i ochote...odpoczywam... Takie to proste.
Odpoczywam Madziu Spokostanko przy twojej ksiazce. Opowiadasz jezykiem serca, ktory jest mi bardzo bliski. Dziekuje.
niedziela, 21 czerwca 2015
Sacha
Wreszcie pada. Limasy zaatakowaly nasze grzadki z warzywami. Bez powodzenia, padalce okazaly sie szybsze. Upasly sie chyba na tych slimakach, bo porosly niczym anakondy. Siedza pozwijane w winoroslach pod kamiennym murem. Nie sycza i nie robia halasu, to omijamy sie szerokim lukiem. Nie zjem w tym roku pewnie ani rodzynki... Na padalce poluja z upodobaniem koty. Dla zabawy. Padne trupem, jesli znajde jeszcze jeden urwany, jaszczurczy ogon!
niedziela, 19 kwietnia 2015
Duchy
Bylo jak powiedzial
Mir. Dom nas znalazl. I uwodzil. Snul pajeczyne rozlicznych
westchnien i wspominek. Wszystko w nim oddychalo i skrzypialo.
Pachnialo cedrem w stuletnich szafach ze skrytkami w podlodze. Pielo
się ku gorze kretymi stopniami w kolorze orzecha. Niebiescilo
resztkami wyblaklej tapety w niezapominajki ze scian w sypialni na
poddaszu, gdzie kiedys bawily się male stolarzatka. Zewszad lypaly
sumiaste oblicza z pozolklych fotografii. Starannie ulozone na
stoliku okulary w rogowej oprawce i buraczkowy sweterek przycupniety
na oparciu fotela.
Dom zyl i czekal. Nie było w nim opuszczenia,
tak jakby starzy gospodarze wyszli kuchennym drzwiami, sciezka pod
gore, potem schodami wspieli się między kamienne sciany
ogrodu,chroniac w chlod starej pini, pod która rosna najprawdziwsze
poziomki... To szalenstwo – deptalam
te mysl zawziecie w
glowie, pukujac w kamienny
okap nad kuchnia, przez który z latwoscia szlo
przepchnac wolu. Ja
boje się duchow!
Przez chwile zylam
nadzieja w zdrowy rozsadek potomkow stolarzy. Moze nie zechca
sprzedac emigrantom rodzinnej siedziby albo przynajmniej cene
wywinduja zaporowo. Ale czar dzialal. Jean Louis po wyrzuceniu z
siebie kilkudziesieciu voila, przyjal
oferte. Przy trzecim spotkaniu, stwierdzil ze nie jestesmy calkiem
normalni i bogu dziekuje ze to właśnie my wprowadzimy się do domu
Jacque`ow. Jak na paryzanina,
Jean Louis ma nadzwyczaj zyczliwe podjscie do ludzi. Jak na bodygarda
bylego prezydenta tego pieknego kraju, to straszna z niego gadula...
Lato
mijalo, a czar dzialal nadal. Mimo wakacji i urlopow, dokumenty
wplywaly w odpowiednie okienka. Stosy papierkow, swiadectw i
pieczatek scielily wnetrze bialego segregatora z napisem DOM. I
jakims cudem w kartonie po
przeprowadzkach za kazdym razem
udalo się znalezc swistek
natychmiast niezbedny u notariusza. Poddalam
się w koncu, bo Mir cale noce sadzil we snie owocowe drzewka i
„porzecki”. Rozstawial ule w ogrodzie i urzadzal „swoje”
atelier. To co było robic, zachcialo
mi się tam BYC. Z calej sily.
Jeszcze kilka
miesiecy i czeka na mnie okrągła rocznica urodzin. Najgłupsze jest
to że niczego nie żałuje. Żadnych zmarnowanych okazji. Ot,
żyłam. Jakie to proste. Zrolowana trzykrotnie poduszka łupie kregi
szyjne na cwierc. Ksieżyca każdej nocy przybywa, wiec wlewa się
nachalnie do sypialni. Bezsennie. Kłyik…kłyik…kłyik… Deski
podłogi skrzypią niemiłosiernie, gołą stopą usiłuje wymacać
najcichszą droge do schodów. Chłód nawoskowanych stopni
oznajmia mete. Kyikanie ustaje. Phi! Półwiecze! Jezu, jaka cisza.
Niech sobie jeszcze pośpią.
Piekarz Manu
zajeżdża o 7 rano pod same drzwi. Z wnętrzności bagażówki
celują we mnie spiczaste nosy bagietek i croisantów. No jak ci
tam w tym domu? – zagaduje, pakując moje traditionel .
A tobie? W tym wielkim mieście? –nie jestem dłużna.
Po 40 latach życia w małej przygranicznej mieścinie, Manu z
rosyjską żona i 5-letnia córeczką przeniósł sie do stolicy
regionu. Wstaje codziennie o 2.30 żeby zdażyc do pracy i rozwieźc
pieczywo. Wlekąc po podłodze pasek od szlafroka, przysiegam sobie
witac Manuela nastepnym razem kompletnie ubrana. Chrupią te
bagietki cudnie. Dlaczego on właściwie nosi kominiarke? Na
termometrze za kuchennym oknem ledwie minus jeden. Piekarz w czarnej
kominiarce o 7 rano pod moimi drzwiami…
I kto mi w to
uwierzy?
piątek, 20 marca 2015
Stworzony dla nas...
Latem, ubieglego
roku bylam tu po raz pierwszy. Pamietam ten ranek. Siapilo
monotonnie, ziemia nabrzmiala deszczem oddychala ciezko, a ja
panicznie balam się, ze podeszwa sandala rozdyzdam jednego z tysiecy
limasow lazacych po wybrukowanej kocimi lbami sciezce. Z
niezrozumialych powodow brazowe slimaki bez domkow na grzebicie
wywoluja we mnie ataki paniki.
Szczuple palce
Isabelle kreslily w powietrzu migotliwe znaki. Szumialo spadajaca z
gory kaskada, bulgotalo i spiewnie zawodzilo. I bylabym już wtedy
wiedziala ze lubie to miejsce, ale nie moglam się skupic, bo wokół
lazily te cholerne, gole robaki!
Dom stoi przy
glownej drodze. Tyle, ze z ulicy jest niemal niewidoczny. Trzeba
wiedziec gdzie spojrzec aby mrugnal radosnie bialymi okiennicami. Nie
to co dom luksemburczyka z naprzeciwka – jak na dloni. Kuknac mu na
salony można z prawej i lewej, a nawet od podworka, bo wybudowal się
po wewnetrznej na luku glownej drogi. Czasem mam ochote go zapytac
czy nie boi się ze jakiś nadmiernie rozpedzony wjedzie mu o poranku
do sypialni. Tyle, ze okazji do rozmow brakuje. Luksemburczyk ludzi i
rozmow unika. O swicie otwiera rolety zamczyska i znika. O zmroku
wslizguje czarne „odi” w czelusci garazu i wszystkie okna
zamykaja szczelnie swoje powieki. Kiedys zanioslam mu paczki, które
kurier z ulga cisnal na rece mojego drwala, argumentujac
przekonywujaco: Sympatyczni z was ludzie, oddacie mu,co? Dobrze
będzie? Ze trzy godziny
ukladalam przemowe, dreptajac nerowowo na rozstaju drog, zeby nie
przegapic powrotu luksemburczyka. Czesc, jestem twoja nowa
sasiadka. Mam dla ciebie paczki, kurier zostawil... - prawie
dygnelam przed nim w progu. Aaaa...dzieki..-
po czym zamknal mi zamkowe
wrota przed nosem. I po
prezentacji.
Tego dnia, latem,
wrocilam w to miejsce z Mirem i sarenka. Padanie ustalo. Czarno -
biala Isabelle machnela na pozegnanie smukla dlonia, zeby dodac
odwagi: Jest stworzony właśnie dla was...W
ogrodzie za domem wznoszacym się ku gorze niczym widownia w
amfiteatrze zachodzace slonce tkalo pachtwork z oranzy i polcieni.
Kamienny mur chronil przed najezdzcami. Z nosami przyklejonymi do
wielkich okien ze szprosami starej stolarni dlugo wdychalismy
zywiczny zapach. Potem drwal usiadl na schodach przed atelier,
westchnal zrezygnowany i zrobil krotkie resume : Strasznie dużo
roboty. Machnal jeszcze dla
porzadku ze dwa razy wahadlem
na sfatygowanym sznurku. Nawet zaczelam protestowac, przecie nic na
sile, nic nie musimy... Za pozno – ucial.
Dom nas już znalazl.
Teraz nasi goscie
patrzac na dwie 19 utkane z metalu w rzezbionych drzwiach wejsciowych
usmiechaja się z podziwem, jaki to my mamy piekny stary, stuletni
dom z kamienia. Sekret znamy tylko my. Wyjawil go Emil, ojciec
Isabelle, rzucajac na stol przy okazji wspolnej herbatki, fotokopie
przecudnej urody lokalnych map z czasow napoleonskich. O! Voila!
Oto wasz dom wyrysowany i wszystkie parcele
– wskazal, pukajac radosnie palcem w pozolkly papier...
No i voila.
czwartek, 10 kwietnia 2014
Akceptacja. Mes amis...
Rozrylotany ogrodowy stół slużył jak umiał u kuchni, przez pierwszy rok naszego pobytu we Francji. Blat zbudowany z klapeczek miał 3 centymetrowe szpary, przez które uciekało jedzenie, przy byle marnym puknięciu stopą w mebel. Lojalnie uprzedzaliśmy gości, że najlepiej trzymać naczynia w objęciach, nie ruszać sie, nie gestykulować i broń boże nie oddychać! Przy tym stole pewnego dnia przekonywałam Caroline, że ...mój mąż całe życie marzył o tym, żeby mieć... bogactwo... 40 letnia "bankierka" z Luksemburga, patrzyła na mnie w kompletnym oniemieniu przez dlugą chwile, a potem ściskając w dłoniach moją najcenniejszą filiżankę, ryknęła z ulgą .... ruches!!! - ule!!! (oba wyrazy riche - bogaty i ruche - ul, wymawia się bardzo podobnie)
Zmieniliśmy stół. Na łące nad strumieniem postawiliśmy pierwsze ule. Kolejnych osiem czeka w tym roku na zasiedlenie. To zabawne, ale za każdym razem, kiedy pracujemy w naszej pasiece, ubrani w białe kapelusze z woalem, jesteśmy z moim szczęściem bogatsi niż arabscy szejkowie.
***
Jean Marie zaprosił nas na pierwsze wiosenne spotkanie związku pszczelarzy. Mir zaparł się w drzwiach i oświadczył, że nie jedzie. Nie rozumie, co mówią i ośmieszać się nie będzie. Zaopiekuje się sarenką. Akurat. Salka w piwnicach niczym świetlica w Pcimiu Dolnym. Wyblakłe owadzie fotki i tablice przyrodnicze na ścianach. Długi stół, niewygodne krzesła. Swojsko. A potem zaskakujące słowa Jean Marie, który przedstawiał nas po kolei kolegom...mes amis... z Polski. Łapa, łapa, całus, całus...moi przyjaciele...moi przyjaciele...mes amis... brzęczało nam w uszach. To już? Tak o, bez fanfar i anielskiej muzyki???
Potem Adrien, prezes stowarzyszenia sporo mówił o sprawach organizacyjnych, robił zapisy na słoiki i materiały do produkcji miodu. Przerwy na zaczerpniecie oddechu wypełniali inni bucząc jak pszczela rodzina. Pewnie całkiem sporo byśmy z tego zrozumieli, gdyby nie Charlotte co usiadła naprzeciwko. Czerwony obcisły sweterek, kruczoczarny kok, nos na haczyk i ogromne egzotyczne kolczyki w uszach pobrzękujące przy każdym poruszeniu. Oczu nie dało się oderwać. Nerwowo sprawdzałam, gdzie odstawiła swoją miotłę do latania. Kiedy zapytała Adrien co za cholerstwo jej sie porobiło po zimie w ramkach ... takie twarde kamyczki jak poskrobać paznokciem? - mój chłop oniemiał. Uszczypnij mnie, miodu z ula nie wybrała! Wcale nikt się nie śmiał. Nikt nie krytykował. Głos w dyskusji zabrał nawet mikry chłopczyna z lewej, właściciel jedynego przydomowego ula. Adrien cierpliwie koleżance tłumaczył, że te kamyczki to skrystalizowany miód. Serio. Serio.
Przy aperitifie na koniec spotkania moje szczęście w najlepsze prowadziło dysput z dwoma najbardziej doświadczonymi pszczelarzami w grupie, których chłop sobie znanym sposobem wyłuskał juz po paru minutach. Z zaangazowaniem słuchając historii Pierre, który przez kilkanaście lat uczył się zawodu w serowarniach Francji, Szwajcarii i na Kostaryce, studiowałam szczegóły pieknego sutaszowego naszyjnika, który nosi na szyi. 12 procentowy musujący hydromiel, którym to żeśmy nowe przyjaźnie przypięczętowali szumiał lekko w głowach. Dobry był. Jeśli wierzyć słowom Adrien to pierwszy alkohol na ziemi - sfermentowana mieszanina miodu w wodą.
Sarenka przetrwała narady pszczelarzy, choć wnosiliśmy ją do domu około płónocy w na wpółśpiącą. Na biurku czekają na wypełnienie formularze do rejestracji naszej pasieki i nadania jej oficjalnego numeru. Kolejne zebranie i spotkanie z mes amis.... za miesiąc:) Mam wrażenie, żeśmy wreszcie wyleźli z etapu zniechęcenia i wyszli na dłuuuuugą prostą akceptacji.
Potem Adrien, prezes stowarzyszenia sporo mówił o sprawach organizacyjnych, robił zapisy na słoiki i materiały do produkcji miodu. Przerwy na zaczerpniecie oddechu wypełniali inni bucząc jak pszczela rodzina. Pewnie całkiem sporo byśmy z tego zrozumieli, gdyby nie Charlotte co usiadła naprzeciwko. Czerwony obcisły sweterek, kruczoczarny kok, nos na haczyk i ogromne egzotyczne kolczyki w uszach pobrzękujące przy każdym poruszeniu. Oczu nie dało się oderwać. Nerwowo sprawdzałam, gdzie odstawiła swoją miotłę do latania. Kiedy zapytała Adrien co za cholerstwo jej sie porobiło po zimie w ramkach ... takie twarde kamyczki jak poskrobać paznokciem? - mój chłop oniemiał. Uszczypnij mnie, miodu z ula nie wybrała! Wcale nikt się nie śmiał. Nikt nie krytykował. Głos w dyskusji zabrał nawet mikry chłopczyna z lewej, właściciel jedynego przydomowego ula. Adrien cierpliwie koleżance tłumaczył, że te kamyczki to skrystalizowany miód. Serio. Serio.
Przy aperitifie na koniec spotkania moje szczęście w najlepsze prowadziło dysput z dwoma najbardziej doświadczonymi pszczelarzami w grupie, których chłop sobie znanym sposobem wyłuskał juz po paru minutach. Z zaangazowaniem słuchając historii Pierre, który przez kilkanaście lat uczył się zawodu w serowarniach Francji, Szwajcarii i na Kostaryce, studiowałam szczegóły pieknego sutaszowego naszyjnika, który nosi na szyi. 12 procentowy musujący hydromiel, którym to żeśmy nowe przyjaźnie przypięczętowali szumiał lekko w głowach. Dobry był. Jeśli wierzyć słowom Adrien to pierwszy alkohol na ziemi - sfermentowana mieszanina miodu w wodą.
Sarenka przetrwała narady pszczelarzy, choć wnosiliśmy ją do domu około płónocy w na wpółśpiącą. Na biurku czekają na wypełnienie formularze do rejestracji naszej pasieki i nadania jej oficjalnego numeru. Kolejne zebranie i spotkanie z mes amis.... za miesiąc:) Mam wrażenie, żeśmy wreszcie wyleźli z etapu zniechęcenia i wyszli na dłuuuuugą prostą akceptacji.
wtorek, 25 lutego 2014
Rozczarowanie. Jest jeszcze zbyt wcześnie…
Miejsca przez nas opuszczone nie czekają. Żyją obcym rytmem, bez
umierania z tęsknoty za nieobecnym. Wracanie, nawet z mapą w dłoni, jest
napisaniem historii na nowo. Starych opowieści próżno szukać na półkach z
nowościami. Kiedy Magda z Na 27 Stronie podróżuje
na południe, stawia pieczątki w mojej głowie. Kocham czytać jej obrazki z podróży. Wiesza je
na ścianie, przekrzywione przekornie, monochromatyczne, ledwie muśnięte
obiektywem. Ramka ze słów kołysze się przez chwilę. A potem noszę ten obrazek
pod powiekami, jak niedośniony sen i wymyślam mu happy endy. Bo dobre historie
muszą się gdzieś zaczynać i kiedyś skończyć.
A jak oswoić miejsca jeszcze
niepoznane? Próbuję być cierpliwa. Odmierzam kroczkami rytm każdego dnia.
Cztery razy dziennie w drodze do szkoły, zawsze przy drewnianej balustradzie ci
sami monsieur et madame. Emeryci, odprowadzają wnuka. Życzą mi miłego dnia albo kiwają na powitanie.
Uśmiecham się, odmachuję do Didier, czekającego w samochodzie i składam usta w
bonjour dla sekcji palaczek na zakręcie rue Des Ecoles. Z mamą Savanah mijamy
się niezobowiązująco, bo wciąż mam do niej żal o sarenkę. Kiedy dziewczynki
chciały pobawić się w domu u Savanah, sympatyczna z pozoru madame
zaprotestowała – cóż, jest jeszcze zbyt
wcześnie… Nadal interpretuję jej słowa na wszystkie sposoby, ale smutnej
podkówki na buzi mojej córeczki, gdy dowiedziała się, że nie może spotkać się z
koleżanką, długo nie zapomnę. Najgorsze, że nie potrafię maluchowi za bardzo
wytłumaczyć: pourquoi?
Emil Pitch garażuje auto w murowanej stodole w pobliżu szkoły. Jest idealnie okrągły jak krążek cammemberta i nosi na szyi fantazyjne apaszki do koszuli w kratkę. Owdowiał nie tak dawno, ale uśmiech nie znika z rumianej twarzy. Wita się ze mną tubalnie już przez szerokość ulicy. Urodził się i mieszkał w miasteczku przez 80 lat, stąd pochodzą jego rodzice. Ma status tubylca, a to górny szczebel miejscowej drabiny. Najniższy zajmuje element napływowy, a raczej przepływowy, który zatrzymuje się w village na kilka miesięcy, góra kilka lat i etrangers, czyli my - obcokrajowcy. Poniżej szczebli plasują się pewnie ci co nie pracują i funkcjonują dzięki zasiłkom.
Nasze notowania muszą być przyzwoite, gdyż pewnego dnia Emil pierwszy dokonał prezentacji. Ze środka okazałego krzewu jeżyn, na skraju pastwiska wybulgotało nagle – To Ty Jeanne? Nasz stary pies zaskoczony, wystawił zdobycz siedzącą w krzakach, a ja opanowawszy palpitację serca, potwierdziłam cieniutko – A kto pyta? Emil wygramolił brzuszysko z jeżynowego uścisku i zaprezentował mi słoik pełen owoców - To na konfitury. Sam usmażę. Kilka dni potem dostałam słoiczek pełen brunatnej galaretki słodkiej okrutnie. Dziękowałam, jakby to był wygrany los na loterii. Nie za konfitury, za pierwsze oswajanie.
Potem Emil zadzwonił do mojego szczęścia, że pszczoły z ula uciekły i boule wisi na gałęzi przy ścieżce na pastwisko. Jak się pospieszy to jeszcze je złapie. Chłop pognał ze specjalną skrzynką i zgarnął uciekinierki. Tym samym nasza mała pasieka pomnożyła się szczęśliwie. Parząc kawę zastanawiałam się, jak Emil Pitch zdobył nasz numer telefonu i kiedy przestaliśmy być anonimowi. Po raz pierwszy usiedliśmy z sąsiadem do stołu. Na gwiazdkę, w rewanżu za konfitury, Emil dostał słój miodu. Uśmiechnął się jeszcze szerzej niż zwykle, bo bardzo lubi miel…
A my lubimy Emila:)
Krok za krokiem przemierzam to miejsce, ufna że kiedyś mnie przyjmie, jak swoją. Pewnie się mylę, ale zdałam sobie sprawę, że przetrwa tylko to co się buduje starannie, cierpliwie, z miłością. Krok za krokiem.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)