sobota, 26 grudnia 2020

Koniecznie!

 

Wydawalo mi sie ze przez miniony rok nie ruszylam z miejsca z moim projektem.


I owszem, pomysly byly.


Po 27 probie nagrania lajfa  na resosocio nadal ryczalam ze smiechu. Nie, to zdecydowanie, nie moja bajka. I nie wiem jak zrobic, zeby w jednym i tym samym czasie przebierac eleagnacko rekami zaplatajac jakis kawal sztuki, wypowiadac madrosci wycelowane prosto w oko kamery i usmiechac sie uroczo odgarniajac zalotnie kosmyk wlosow z czola !

Jak ogarniaja to influcerki?

Jedna doswiadczona persona twierdzi, ze ona cyzeluje tresci jakies dwa dni plus mejkapy plus outfity plus plenery. No, ja chcialam tak z marszu, w dwadziesicia minut. U mnie sie nie da, ale moze jak kto jest zwierze medialne to mu pojdzie z marszu. Nie poddam sie. Bede probowac.


Fotki z pieknym swiatlem, cudnie skadrowane okazaly sie nieosiagalne przy uzyciu aparatu w komorce. Nie wiedziec czemu trzeba ich trzepnac najmarniej setke zeby wybrac jedna z tzw. "dusza " Reszta albo przeswietlone albo obiekt wali sie na jedna strone, albo tonie w plocieniach. Jak zrobic zeby bylo i ladnie i swietliscie i przestrzenne i produkt w detalach pokazany ? Sekretu nie zglebilam, ale zmarnowalam sporo czasu na latanie za tlem, swiatlem i kadrem etc. Domownicy mnie wyklinali bo co rusz wydzieralam im z rak komorki, przekonana ze tylko moj aparat nie daje rady.

Poki co romas z resosocio nie wyszedl poza faze puszczania oka. Nie trace nadziei.


Stanelo na slowie pisanym. Generacja X jak znalazl.

Musialam chyba potrzebe medialnego flirtu wyartukulowac w kosmos, bo pewnego dnia zadzwonila Sylvie.

Sylvie od ogrodow. Latem kupila od mnie kilka rzeczy i zainstalowala w tych swoich zielonych przestrzeniach jako architekuture. Jeden obiekt podswietlilam i zyskal calkiem nowa funkcje, ogrodowej lampy. Instalacja wpadla w oko pewnej pani redaktor.

    - Dalam twoje namiary dziennikarce, odezwie sie zeby artykul zrobic ! Koniecznie !



Wyszlo troche krzywo, jak na tych nieszczesnych fotkach. Usilowalam pod stolem kopac po kostkach moje szczescie, bo zalaczylo mu sie gadane. Przy opowiesciach o tym jak chlop lokomotywe prowadzil, dalam se spokoj. Pani redaktor sluchala bowiem zawziecie i nic nie bylo jej w stanie zniechecic. W efekcie czytelnicy gazety mogli zaznajomic sie szczegolowo z losami kreatywnej emigranckiej pary. Pomyslalam, co mi szkodzi, czarne okulary na twarz i przechadzki tylko po zmroku. Ale o dziwo zadzialalo.


Przez caly grudzien do atelier zagladali ludzie, ktorzy za przewodnik mieli artykul w gazecie. Co sie nagadalam, napokazywalam, nachwalilam. A mowia ze slowo pisane ma sie nie za dobrze. Ze obrazek rule !


Tak wiec, poruszajac sie malymi kroczkami wydreptalismy sciezynke na obcej ziemi. Nie jest to ani wojewodzka ani szybkiego ruchu. Ale nasza wlasna. Dzika, wyboista i na swoj sposob urocza.


Nie calkiem zmarnowalam ten rok.




środa, 15 marca 2017

smierdzace dylematy



Czasem sie zastanawiam po co wywazac otwarte drzwi? 

Wszak lokalne menu serami stoi i to serami przedniej jakosci! 

Ale mamy tyle fantastycznej zabawy z tymi smierdzielami:)))

No wiec, siedzimy i wzdychamy, bo trzeba czasu. 

A pierwsze polsko-francuskie sery dojrzewaja w piwniczce...
























czwartek, 2 marca 2017

Wzielo i zdechlo!


A było tak fajnie... Ani w gore ani w dol, po prostu rowno jak po stole. Prawie pelna harmonia. Dzien prawie do dnia podobny smakowal codziennoscia. Zagladal kazdego ranka w okna sypialni bez falszywch obietnic. Buzia w ciup, male puf.. puf... i prosto między oczy: Bonjour! Czasem sny były tylko zbyt wydumane, jak na takie zwykle spanie. Pachnialo wypolerowanym woskiem na drewnianej podlodze. U was ten cire zawsze tak cudnie pachnie – zachwycala się czarnowlosna Isabelle, a ja czulam, ze to raczej francuskie, dziwaczne szambo dawno już nie wywozone. I trzeba w koncu zadzwonic po Michela, zeby przyciagnal traktorem beczke na fekalia. No życie.

Ogrod odwdzieczyl się milosnie - za kazda odwrocona skibe ziemi i wiadro wody z serca wylane - kochal nas oblednie. Raczyl pieszczotami jak namietny kochanek. Obiecywal, więc zakochani jak sztubaki wierzylismy w te opowiesci. Bo jak nie wierzyc kiedy, gora (a raczej tyci pagorek) zamiast myszy rodzi slonie (a raczej byki - coeur de boeuf:)!












Pszczoly były mniej laskawe. Przyszedl sezon ciezki, mokry, zimny. Rodziny uciekaly z uli uwieszajac się z uporem na wysokosci 5 metrow na naszej sosnie. Mir laczyl drabiny, klal, wspinal się jak alpinista, spadal, lowil co nie zdolalo uciec. Starzy mowia, ze nauka kosztuje i racje maja. Nie da się nauczyc pszczelarskiego fachu googlujac:) Kazdy sezon inny, nowy, pelen niespodzianek, do poprzedniego ni diabla nie podobny. Codzienna praca, ludzkie bledy albo ignorancja, to najlepszy uniwersytet. I miod za kazdym razem tez inny. Malo wiela, zesmy go w zeszlym roku wykrecili. Ledwie do swiat starczylo. Sporo w nim było smakow i zapachow mlecza i sasiedzkich jabloni z sadow. Ani sladu pozniejszej akacji czy lesnych jezyn. Miejscowi wykupili do ostatniego sloika. Obcy tez przychodzili, z polecenia, bo podobno la famille polonaise dobry miel produkuje.








Tesknota za tym co było, zaszyla się bog raczy wiedziec gdzie, bo na stare smieci zagladac się nie chcialo. Cale to patriotyczne gadanie nie smyralo nawet po grzbiecie. Dom skrzypial debowo, zeby go naprawiac i laty przybijac, więc roboty trzeba było pilnowac, zeby na gwozdzie i drewno starczalo. Patron laskawy, czapke przed slowianska fachowoscia zrzucil, konto regularnie zasilal. A smak tej pracy jakiś taki slodko-gorzki. Slodki bo tyle jej bylo wokół, ze wystarczy schylic się i podniesc i uszanowac. Gorzki, bo nie dla siebie, a dla ucieszenia innych.

I tylko miłość zostala po staremu. Tyle ze suknie oblekla lniana, plowa od noszenia i scienczala. Czasem otulala nas tym lnem jak jedwabiem najprawdziwszym, czasem drapala siermieznie, ale wiernie stala obok, na wyciagniecie reki.

A tak było fajnie...


Az wzielo i zdechlo.


wtorek, 10 listopada 2015

po sezonie

Przez krate w kuchennym oknie Mir wsypal wczoraj w moje dlonie garsc malin. Byly chlodne, troche kwasne, pachnialy tesknota za letnim sloncem. Calkiem niezle jak na listopadowe owoce... W ogrodzie znakomicie maja sie nadal truskawki, salata i caly warzywny garnitur. Myslalam, zeby jarzynki wykopac - jak przystalo - na zime, lecz dziadek Replinger radzi: Zostaw, marchew i pietruszka swietnie sie w ziemi przechowuja... Noooo, mam watpliwosci, ale raczyl mnie w styczniu i lutym olbrzymia marchwia ze swojego ogrodu, wiec musze uwierzyc staremu na slowo. W koncu to nasz autorytet w sprawach warzywniaka.

Pogoda do reszty zwariowala. W poludnie slupek termometru przekracza 20 stopni, nocami nie opada ponizej 10. Pszczoly klebia sie przed ulami, jakby zabieraly sie do pierwszych oblotow. A powinny o tej porze zbic sie w klab i zimowac. Mir nie wytrzymal, zajrzal do kilku uli... Krolowe w najlepsze trzaskaja jajami po ramkach. Niedobrze. Nasze dziewczynki beda potrzebowaly wiecej pokarmu, zeby ogrzac ten czerw. Moze nie wystarczy im zapasow. Chlop nerwowo kreci wasa, ogladajac internetowe meteo, na ktorym od tygodni niewiele sie zmienia. Malo deszczu, slonce, cieplo, cieplo, wciaz cieplo. Znow jak mantre uslysze pare razy na dzien... nie bedzie miodu w przyszlym roku...!





To byl dobry sezon. I dobry miod. Ten pierwszy miel de printemps, delikatny i slodki, niemal w calosci skremowalismy, wiec ma konsystencje nutelli. Smaruje sie lekko na chrupiacej bagietce i uwielbiaja go dzieci. Baza sa miedzy innymi kwiaty wierzby, owocowych drzew, rzepaku, koniczyny i mniszka. Potem pojawil sie miod akacjowy, choc akacji w naszej okolicy ze swieca szukac. Miejscowi rolnicy wycieli co sie da na slupki do ogrodzen wokol pastwisk. Robiniowe drzewo dobre, twarde, prochno sie go nie ima. Wiec trzeba sie z ulami nalatac, zeby pszczoly zebraly co swoje. Trudno tez dziewczynki namowic, zeby tylko na koszyczki akacji lataly. Znosza co znajda i mieszanka wychodzi. Adrien wywiozl w tym roku ule nad niemiecka granice, w zagajnik robinii schowal. Pierwszy raz jadlam taki miod, przezroczysty jak woda, o lekko zielonkawej poswiacie, wlasciwie ani slodki ani aromatyczny. Prawdziwa stuprocentowa akacja. Tyle, ze zaden klient by jej nie kupil:)





Potem zakwitly jezyny i zbieralismy ostatni miod tego lata - miel de foret. Baza sa krzaki jezyn i spadz na liściach  dębow, bukow, wiązow, klonow. Miod ciezki, lekko kwasny, o aromacie suchych lisci. Caramel !!! - wykrzyknal dziadek Replinger, kiedy przynioslam mu pierwszy sloik skremowanego lesnego miodu. Jesienia przytargalismy stary bufet Henriette i ulozylam nasza kolekcje. Mir przykrecil tabliczke przed domem. I rozdzwonil sie na dobre brzeczyk przy starych drzwiach famille Jacques: Vous avez du miel? 






piątek, 26 czerwca 2015

jezyk serca

Kiedy jedyny we wsi Polak zwolywal pod wieczor kury do kurnika, wszystkie tubylcze dziecka wisialy na plocie, towarzyszac mu choralnie... ciiiip!!...ciiiip!!...ciip!!..ciiip!!...Michel do dzis z luboscia powtarza owe "cip,cip", choc prawie pol wieku przelecialo. U potomkow kurzego hodowcy slowa polskiego juz nie uswiadczy, a kury? Chyba ze w lodowce, w hipermarkecie. W odwecie za cip cip, smiejemy sie z Michela, ktory do drobiu zwraca sie per bi..bi...bi!!!  Matko jedyna! Zreszta co z niego za paysan na hektarach, co marchewki w carrefour kupuje!



Nasze trzy czerwone cipulcie przyjechaly w kartonach tydzien temu. Pol dnia lypaly podejrzeliwie na wyrosnieta salate, co im moje szczescie na deser podsunelo pod dziob. Jak wreszcie zajarzyly o co chodzi z tym zielonym, rozszarpaly habuzia w strzepy. Potem zaczely strzelac jajami:) Czasem musimy ciagnac losy, kto leci do kurnika po nowa dostawe, bo kazdy chce zrobic ustami to slodkie ciiip.. ciiiip... ciiiip! 

Moje kurcze opierzone coraz sliczniej. Coraz madrzej. I wciaz reaguje: i na cip cip i na bibi:) Chodz w jej glowce juz mieszaja sie slowa i czasem brak cierpliwosci by znalezc wlasciwe nazywanie rzeczy, spraw i emocji. Bardzo bym chciala zachowac te rownowage. Bysmy zawsze mogly dogadac sie w naszym wspolnym jezyku. 

Jakikolwiek by on nie byl...





  PS.

Czasem dobrze czerpac z doswiadczen innych ludzi:) Gege, ukochana Michela ma problem z hashimoto. Poniewaz i moja tarczyca zgasla czas jakis temu, chyba bezpowrotnie, pytam jej: Jak sobie radzisz ze zmeczeniem, ktore jest jednym z objawow tej choroby? Francuzka popatrzyla na mnie ze zdziwieniem: Znakomicie. Kiedy tylko mam potrzebe i ochote...odpoczywam... Takie to proste.

Odpoczywam Madziu Spokostanko przy twojej ksiazce. Opowiadasz jezykiem serca, ktory jest mi bardzo bliski. Dziekuje. 




niedziela, 21 czerwca 2015

Sacha






Wreszcie pada. Limasy  zaatakowaly nasze grzadki z warzywami. Bez powodzenia, padalce okazaly sie szybsze. Upasly sie chyba na tych slimakach, bo  porosly niczym anakondy. Siedza pozwijane w winoroslach pod kamiennym murem. Nie sycza i nie robia halasu, to omijamy sie szerokim lukiem. Nie zjem w tym roku pewnie ani rodzynki... Na padalce poluja z upodobaniem koty. Dla zabawy. Padne trupem, jesli znajde jeszcze jeden urwany, jaszczurczy ogon!

 

niedziela, 19 kwietnia 2015

Duchy


Bylo jak powiedzial Mir. Dom nas znalazl. I uwodzil. Snul pajeczyne rozlicznych westchnien i wspominek. Wszystko w nim oddychalo i skrzypialo. Pachnialo cedrem w stuletnich szafach ze skrytkami w podlodze. Pielo się ku gorze kretymi stopniami w kolorze orzecha. Niebiescilo resztkami wyblaklej tapety w niezapominajki ze scian w sypialni na poddaszu, gdzie kiedys bawily się male stolarzatka. Zewszad lypaly sumiaste oblicza z pozolklych fotografii. Starannie ulozone na stoliku okulary w rogowej oprawce i buraczkowy sweterek przycupniety na oparciu fotela. 

Dom zyl i czekal. Nie było w nim opuszczenia, tak jakby starzy gospodarze wyszli kuchennym drzwiami, sciezka pod gore, potem schodami wspieli się między kamienne sciany ogrodu,chroniac w chlod starej pini, pod która rosna najprawdziwsze poziomki... To szalenstwo – deptalam te mysl zawziecie w glowie, pukujac w kamienny okap nad kuchnia, przez który z latwoscia szlo przepchnac wolu. Ja boje się duchow!

Przez chwile zylam nadzieja w zdrowy rozsadek potomkow stolarzy. Moze nie zechca sprzedac emigrantom rodzinnej siedziby albo przynajmniej cene wywinduja zaporowo. Ale czar dzialal. Jean Louis po wyrzuceniu z siebie kilkudziesieciu voila, przyjal oferte. Przy trzecim spotkaniu, stwierdzil ze nie jestesmy calkiem normalni i bogu dziekuje ze to właśnie my wprowadzimy się do domu Jacque`ow. Jak na paryzanina, Jean Louis ma nadzwyczaj zyczliwe podjscie do ludzi. Jak na bodygarda bylego prezydenta tego pieknego kraju, to straszna z niego gadula...

Lato mijalo, a czar dzialal nadal. Mimo wakacji i urlopow, dokumenty wplywaly w odpowiednie okienka. Stosy papierkow, swiadectw i pieczatek scielily wnetrze bialego segregatora z napisem DOM. I jakims cudem w kartonie po przeprowadzkach za kazdym razem udalo się znalezc swistek natychmiast niezbedny u notariusza. Poddalam się w koncu, bo Mir cale noce sadzil we snie owocowe drzewka i „porzecki”. Rozstawial ule w ogrodzie i urzadzal „swoje” atelier. To co było robic, zachcialo mi się tam BYC. Z calej sily.

Jeszcze kilka miesiecy i czeka na mnie okrągła rocznica urodzin. Najgłupsze jest to że niczego nie żałuje. Żadnych zmarnowanych okazji. Ot, żyłam. Jakie to proste. Zrolowana trzykrotnie poduszka łupie kregi szyjne na cwierc. Ksieżyca każdej nocy przybywa, wiec wlewa się nachalnie do sypialni. Bezsennie. Kłyik…kłyik…kłyik… Deski podłogi skrzypią niemiłosiernie, gołą stopą usiłuje wymacać najcichszą droge do schodów. Chłód nawoskowanych stopni oznajmia mete. Kyikanie ustaje. Phi! Półwiecze! Jezu, jaka cisza. Niech sobie jeszcze pośpią.
Piekarz Manu zajeżdża o 7 rano pod same drzwi. Z wnętrzności bagażówki celują we mnie spiczaste nosy bagietek i croisantów. No jak ci tam w tym domu? ­– zagaduje, pakując moje traditionel . A tobie? W tym wielkim mieście? –nie jestem dłużna. Po 40 latach życia w małej przygranicznej mieścinie, Manu z rosyjską żona i 5-letnia córeczką przeniósł sie do stolicy regionu. Wstaje codziennie o 2.30 żeby zdażyc do pracy i rozwieźc pieczywo. Wlekąc po podłodze pasek od szlafroka, przysiegam sobie witac Manuela nastepnym razem kompletnie ubrana. Chrupią te bagietki cudnie. Dlaczego on właściwie nosi kominiarke? Na termometrze za kuchennym oknem ledwie minus jeden. Piekarz w czarnej kominiarce o 7 rano pod moimi drzwiami…
I kto mi w to uwierzy?




piątek, 20 marca 2015

Stworzony dla nas...


Latem, ubieglego roku bylam tu po raz pierwszy. Pamietam ten ranek. Siapilo monotonnie, ziemia nabrzmiala deszczem oddychala ciezko, a ja panicznie balam się, ze podeszwa sandala rozdyzdam jednego z tysiecy limasow lazacych po wybrukowanej kocimi lbami sciezce. Z niezrozumialych powodow brazowe slimaki bez domkow na grzebicie wywoluja we mnie ataki paniki.
Szczuple palce Isabelle kreslily w powietrzu migotliwe znaki. Szumialo spadajaca z gory kaskada, bulgotalo i spiewnie zawodzilo. I bylabym już wtedy wiedziala ze lubie to miejsce, ale nie moglam się skupic, bo wokół lazily te cholerne, gole robaki!

Dom stoi przy glownej drodze. Tyle, ze z ulicy jest niemal niewidoczny. Trzeba wiedziec gdzie spojrzec aby mrugnal radosnie bialymi okiennicami. Nie to co dom luksemburczyka z naprzeciwka – jak na dloni. Kuknac mu na salony można z prawej i lewej, a nawet od podworka, bo wybudowal się po wewnetrznej na luku glownej drogi. Czasem mam ochote go zapytac czy nie boi się ze jakiś nadmiernie rozpedzony wjedzie mu o poranku do sypialni. Tyle, ze okazji do rozmow brakuje. Luksemburczyk ludzi i rozmow unika. O swicie otwiera rolety zamczyska i znika. O zmroku wslizguje czarne „odi” w czelusci garazu i wszystkie okna zamykaja szczelnie swoje powieki. Kiedys zanioslam mu paczki, które kurier z ulga cisnal na rece mojego drwala, argumentujac przekonywujaco: Sympatyczni z was ludzie, oddacie mu,co? Dobrze będzie? Ze trzy godziny ukladalam przemowe, dreptajac nerowowo na rozstaju drog, zeby nie przegapic powrotu luksemburczyka. Czesc, jestem twoja nowa sasiadka. Mam dla ciebie paczki, kurier zostawil... - prawie dygnelam przed nim w progu. Aaaa...dzieki..- po czym zamknal mi zamkowe wrota przed nosem. I po prezentacji.

Tego dnia, latem, wrocilam w to miejsce z Mirem i sarenka. Padanie ustalo. Czarno - biala Isabelle machnela na pozegnanie smukla dlonia, zeby dodac odwagi: Jest stworzony właśnie dla was...W ogrodzie za domem wznoszacym się ku gorze niczym widownia w amfiteatrze zachodzace slonce tkalo pachtwork z oranzy i polcieni. Kamienny mur chronil przed najezdzcami. Z nosami przyklejonymi do wielkich okien ze szprosami starej stolarni dlugo wdychalismy zywiczny zapach. Potem drwal usiadl na schodach przed atelier, westchnal zrezygnowany i zrobil krotkie resume : Strasznie dużo roboty. Machnal jeszcze dla porzadku ze dwa razy wahadlem na sfatygowanym sznurku. Nawet zaczelam protestowac, przecie nic na sile, nic nie musimy... Za pozno – ucial. Dom nas już znalazl.

Teraz nasi goscie patrzac na dwie 19 utkane z metalu w rzezbionych drzwiach wejsciowych usmiechaja się z podziwem, jaki to my mamy piekny stary, stuletni dom z kamienia. Sekret znamy tylko my. Wyjawil go Emil, ojciec Isabelle, rzucajac na stol przy okazji wspolnej herbatki, fotokopie przecudnej urody lokalnych map z czasow napoleonskich. O! Voila! Oto wasz dom wyrysowany i wszystkie parcele – wskazal, pukajac radosnie palcem w pozolkly papier...

No i voila.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Akceptacja. Mes amis...

Rozrylotany ogrodowy stół slużył jak umiał u kuchni, przez pierwszy rok naszego pobytu we Francji. Blat zbudowany z klapeczek miał 3 centymetrowe szpary, przez które  uciekało jedzenie, przy byle  marnym puknięciu stopą w mebel. Lojalnie uprzedzaliśmy gości, że najlepiej trzymać naczynia w objęciach, nie ruszać sie, nie gestykulować i broń boże nie oddychać! Przy tym stole pewnego dnia  przekonywałam Caroline, że ...mój mąż całe życie marzył o tym, żeby mieć... bogactwo...  40 letnia "bankierka" z Luksemburga, patrzyła na mnie w kompletnym oniemieniu przez dlugą chwile, a potem ściskając w dłoniach moją najcenniejszą filiżankę, ryknęła z ulgą .... ruches!!! - ule!!! (oba wyrazy riche - bogaty i ruche - ul, wymawia się bardzo podobnie

Zmieniliśmy stół. Na łące nad strumieniem postawiliśmy pierwsze ule. Kolejnych osiem czeka w tym roku na zasiedlenie. To zabawne, ale za każdym razem, kiedy pracujemy w naszej pasiece, ubrani w białe kapelusze z woalem, jesteśmy z moim szczęściem bogatsi niż arabscy szejkowie. 

***
Jean Marie zaprosił nas na pierwsze wiosenne spotkanie związku pszczelarzy. Mir zaparł się w drzwiach i oświadczył, że nie jedzie. Nie rozumie, co mówią i ośmieszać się nie będzie. Zaopiekuje się sarenką. Akurat. Salka w piwnicach niczym świetlica w Pcimiu Dolnym. Wyblakłe owadzie fotki i tablice przyrodnicze na ścianach. Długi stół, niewygodne krzesła. Swojsko. A potem zaskakujące słowa Jean Marie, który przedstawiał nas po kolei kolegom...mes amis... z Polski. Łapa, łapa, całus, całus...moi przyjaciele...moi przyjaciele...mes amis... brzęczało nam w uszach. To już? Tak o, bez fanfar i anielskiej muzyki???

Potem Adrien, prezes stowarzyszenia sporo mówił o sprawach organizacyjnych, robił zapisy na słoiki i materiały do produkcji miodu. Przerwy na zaczerpniecie oddechu wypełniali inni bucząc jak pszczela rodzina. Pewnie całkiem sporo byśmy z tego zrozumieli, gdyby nie Charlotte co usiadła naprzeciwko. Czerwony obcisły sweterek, kruczoczarny kok, nos na haczyk i ogromne egzotyczne kolczyki w uszach pobrzękujące przy każdym poruszeniu. Oczu nie dało się oderwać. Nerwowo sprawdzałam, gdzie odstawiła swoją miotłę do latania. Kiedy zapytała Adrien co za cholerstwo jej sie porobiło po zimie w ramkach ... takie twarde kamyczki jak poskrobać  paznokciem? - mój chłop oniemiał. Uszczypnij mnie, miodu z ula nie wybrała! Wcale nikt się nie śmiał. Nikt nie krytykował. Głos w dyskusji zabrał nawet mikry chłopczyna z lewej, właściciel jedynego przydomowego ula. Adrien cierpliwie koleżance tłumaczył, że te kamyczki to skrystalizowany miód. Serio. Serio.

Przy aperitifie na koniec spotkania moje szczęście w najlepsze prowadziło dysput z dwoma najbardziej doświadczonymi pszczelarzami w grupie, których chłop sobie znanym sposobem wyłuskał juz po paru minutach. Z zaangazowaniem słuchając historii Pierre, który przez kilkanaście lat uczył się zawodu w serowarniach Francji, Szwajcarii i na Kostaryce, studiowałam szczegóły pieknego sutaszowego naszyjnika, który nosi na szyi.  12 procentowy musujący hydromiel, którym to żeśmy nowe przyjaźnie przypięczętowali szumiał lekko w głowach. Dobry był. Jeśli wierzyć słowom Adrien to pierwszy alkohol na ziemi - sfermentowana mieszanina miodu w wodą.

Sarenka przetrwała narady pszczelarzy, choć wnosiliśmy ją do domu około płónocy w na wpółśpiącą. Na biurku czekają na wypełnienie formularze do rejestracji naszej pasieki i nadania jej oficjalnego numeru. Kolejne zebranie i spotkanie z mes amis.... za miesiąc:) Mam wrażenie, żeśmy wreszcie wyleźli z etapu zniechęcenia i wyszli na dłuuuuugą prostą akceptacji.







wtorek, 25 lutego 2014

Rozczarowanie. Jest jeszcze zbyt wcześnie…

Miejsca przez nas opuszczone nie czekają. Żyją obcym rytmem, bez umierania z tęsknoty za nieobecnym. Wracanie, nawet z mapą w dłoni, jest napisaniem historii na nowo. Starych opowieści próżno szukać na półkach z nowościami.  Kiedy Magda z Na 27 Stronie podróżuje na południe, stawia pieczątki w mojej głowie.  Kocham czytać jej obrazki z podróży. Wiesza je na ścianie, przekrzywione przekornie, monochromatyczne, ledwie muśnięte obiektywem. Ramka ze słów kołysze się przez chwilę. A potem noszę ten obrazek pod powiekami, jak niedośniony sen i wymyślam mu happy endy. Bo dobre historie muszą się gdzieś zaczynać i kiedyś skończyć.

A jak oswoić miejsca jeszcze niepoznane? Próbuję być cierpliwa. Odmierzam kroczkami rytm każdego dnia. Cztery razy dziennie w drodze do szkoły, zawsze przy drewnianej balustradzie ci sami monsieur et madame. Emeryci, odprowadzają wnuka.  Życzą mi miłego dnia albo kiwają na powitanie. Uśmiecham się, odmachuję do Didier, czekającego w samochodzie i składam usta w bonjour dla sekcji palaczek na zakręcie rue Des Ecoles. Z mamą Savanah mijamy się niezobowiązująco, bo wciąż mam do niej żal o sarenkę. Kiedy dziewczynki chciały pobawić się w domu u Savanah, sympatyczna z pozoru madame zaprotestowała – cóż, jest jeszcze zbyt wcześnie… Nadal interpretuję jej słowa na wszystkie sposoby, ale smutnej podkówki na buzi mojej córeczki, gdy dowiedziała się, że nie może spotkać się z koleżanką, długo nie zapomnę. Najgorsze, że nie potrafię maluchowi za bardzo wytłumaczyć: pourquoi?

Emil Pitch garażuje auto w murowanej stodole w pobliżu szkoły. Jest idealnie okrągły jak krążek cammemberta i nosi na szyi fantazyjne apaszki do koszuli w kratkę. Owdowiał nie tak dawno, ale uśmiech nie znika z rumianej twarzy. Wita się ze mną tubalnie już przez szerokość ulicy. Urodził się i mieszkał w miasteczku przez 80 lat, stąd pochodzą jego rodzice.  Ma status tubylca, a to górny szczebel miejscowej drabiny. Najniższy zajmuje element napływowy, a raczej przepływowy, który zatrzymuje się w village na kilka miesięcy, góra kilka lat i etrangers, czyli my - obcokrajowcy. Poniżej szczebli plasują się pewnie ci co nie pracują i  funkcjonują dzięki zasiłkom.

Nasze notowania muszą być przyzwoite, gdyż pewnego dnia Emil pierwszy dokonał prezentacji. Ze środka okazałego krzewu jeżyn, na skraju pastwiska wybulgotało nagle – To Ty Jeanne? Nasz stary pies zaskoczony, wystawił zdobycz siedzącą w krzakach, a ja opanowawszy palpitację serca, potwierdziłam cieniutko – A kto pyta? Emil wygramolił brzuszysko z jeżynowego uścisku i zaprezentował mi słoik pełen owoców - To na konfitury. Sam usmażę. Kilka dni potem dostałam słoiczek pełen brunatnej galaretki słodkiej okrutnie. Dziękowałam, jakby to był wygrany los na loterii. Nie za konfitury, za pierwsze oswajanie.

Potem Emil zadzwonił do mojego szczęścia, że pszczoły z ula uciekły i boule wisi na gałęzi przy ścieżce na pastwisko. Jak się pospieszy to jeszcze je złapie. Chłop pognał ze specjalną skrzynką i zgarnął uciekinierki. Tym samym nasza mała pasieka pomnożyła się szczęśliwie. Parząc kawę zastanawiałam się, jak Emil Pitch zdobył nasz numer telefonu i kiedy przestaliśmy być anonimowi. Po raz pierwszy usiedliśmy z sąsiadem do stołu. Na gwiazdkę, w rewanżu za konfitury, Emil dostał słój miodu. Uśmiechnął się jeszcze szerzej niż zwykle, bo bardzo lubi miel…

A my lubimy Emila:)

Krok za krokiem przemierzam to miejsce, ufna że kiedyś mnie przyjmie, jak swoją. Pewnie się mylę, ale zdałam sobie sprawę, że przetrwa tylko to co się buduje starannie, cierpliwie, z miłością. Krok za krokiem.



  





niedziela, 9 lutego 2014

Bon appetit

Zachwycenie

Bon appétit


Pepi zapytał  mnie wczoraj o generała Jaruzelskiego. Czy to prawda, że generał rozwodzi się, gdyż pojawiła się w życiu byłego prezydenta pielęgniarka, znacznie mlodsza niż jego małżonka? Mam nadzieję, że  farmerowi z Doliny Mozeli  nie przyjdą do głowy podobne  brewerie. Choć w starym piecu diabeł pali, a opiekunka dwa razy w tygodniu zagląda do jego madame!  Pepi już za kilka tygodni, obchodzić będzie 90 urodziny.   Nadal jest  czynny zawodowo i nie pozwala starości - ani synom farmerom -  spychać się na margines życia. Pragnie być użyteczny. Podejrzewam, że witalność zawdzięcza genom i tutejszej diecie. Pepi w zasadzie je tylko to co wyprodukuje farma – no, może oprócz ulubionej coli!

W naszej lodówce śmierdzi.  W centymetrowej szparce uchylonych drzwi kłębi się  smród, od którego wierci w nosie. Dawno przestało mi to przeszkadzać, bo niemal we wszystkich francuskich lodówkach śmierdzi.  Jednak  przyjezdne i  goszczące w naszym domu panie, rozpoczynają od dyskretnych porządków w kuchni. Oczywiście, pod moja nieobecność.  Potem  na widok pierdząco śmierdzących serów wpadają w zachwycenie.  Miekkie dojrzewające cammebert i  recollet lubią wszyscy,  bez wyjątku. Nawet  szwagier, który najchętniej woziłby je do domu uwiązane na zderzaku, byleby mu sprofanowały limuzyny.  Twardy, łagodny - tomme du pays  smakuje bardzo dzieciom. Sarenka kroi go jak pajdki chleba. Suche małe krążki o intensywnym smaku używam zamiast parmezanu.  
Wielbię absolutnie wszystko co wyprodukuje malutka serowarnia Kathy i jej męża Rolanda.  A jabłkowe, przecierane soki  w szklanych butlach?! Mój Boże!  Do fromagerie prowadzam na wycieczki wszystkich naszych gości, każąc klękać i modlić się do tego cudownego jedzenia. Tetenia złośliwi, że mnie kiedyś po tych serach cholesterol zabije. Może i zabije, ale jakże smakowita to będzie śmierć! 

 Nie wiem dlaczego o fermie Pierrette mówi się że jest kacza, skoro po łące na zboczu, niczym pierzaste obłoczki drobią stada białych i siodłatych gęsi, perliczek, kur, indyczek.  Kiedy po raz pierwszy zabiła i oskubała dla mnie kurę, moje szczęście odmówiło zdecydowanie konsumpcji . …bo z wielkiej, tłustej kury może być tylko tłusty rosół!  On wychował się na wsi, wie lepiej. On się brzydzi.  Wytargałam ze schowka  żeliwny rondel, zakupiony na brocancie. Wielki i ciężki jak łódź podwodna. Kura  na trzy godziny w czarnym  pontonie wylądowała w piekarniku.  Nieomal, bez żadnych ingerencji pośrednich. Pożarliśmy ją we trojkę jak troglodyci – „ręcami” i na jedno posiedzenie. Biję się w piersi,  mięso soczyście pachniało ziołami, a na wierzchu miało chrupiącą skórkę. Ideał. Gęba w niebie. Stoiska mięsne w okolicznych marketach  oraz sklepy rzeźnickie straciły tego dnia klientkę.  Domowe menu wzbogaciło się jeszcze o woły i wieprzki z okolicznych farm. Cieniutkie mergez i suszone saucisses . No i smalec gęsi do wszelkiego przysmażania. 

Guy ukradl moje serce w upalne popołudnie, gdy zaprosił mnie i sarenkę na  ławeczkę w cieniu kamiennej ściany.  Potem przyniósł wafelki i włożył do każdego rożka  lody czekoladowe kręcone na mleku od krów z jego farmy.  Sarenka nie lubi czekoladowych – zjadłam dwa. Nie pamiętam nawet, żebym jadła kiedykolwiek pyszniejsze. Przy kolejnej wizycie i degustacji,   Guy wręczył mi  numer telefonu. Na wszelki wypadek, gdybym miała zachcianki! W jego lodówkach, oprócz czekolady, wanilii, pistacji etc. czają się również owocowe sorbety. Raz,  Lalka, przyjaciółka, wpatrzona w  farmera z gębą pełną mrożonych malin prosiła - powiedz mu! przetłumacz,  że  jest SMACZNY jak te jego sorbety!  Nawet nauczyła Guy polskiego powitania. Moje szczęście prosi mnie zawsze o podwójną porcję malin i mlecznej wanilii. Do dzisiaj nie wie, że lodziarz z francuskiej farmy jest najprzystojniejszym farmerem jakiego znam! Nawet w białym czepku na głowie!

U znajomych wieśniaków (paysons) kupuję jeszcze jaja, fois gras, kozie sery, miód,  warzywa, wino. Przestałam robić konfitury, Hana smaży je tak, że nawet w środku zimy pachną latem i słońcem. Z portfela wyfruwa więcej niż podczas zakupów w dyskontach. Przyjemność i zdrowie mają swoją cenę, lecz (prawie) organiczne jedzenie zachwyca świeżością, jakością, smakiem. I to zachwycenie na szczęście nie przechodzi, pomimo żabich udek i ślimaków! Czasem tylko szlag mnie trafia, że Europa może, a płynąca mlekiem i miodem nadwiślańska kraina nie potrafi otworzyć rynku malutkich, lokalnych producentów. Nie potrafi znaleźć odpowiednich uregulowań prawnych, ani urealnić oczekiwań pań z sanepidu. Szkoda.

                Bon appétit.

niedziela, 2 lutego 2014

Starych drzew się nie przesadza?

Wydawało mi się, że jesteśmy tacy podobni. Trochę różni różnicą dokonań pokoleń, ale jednak ulepieni z tej samej gliny, wytrawieni w tyglu doświadczeń tożsamych. Ale gdzie tam! Miłość do trunków, dobrego jedzenia, do zabawy to za dużo by pozostać wobec siebie niewidocznym, to za mało by się zauważyć. Już za chwilę minie trzy lata od kiedy nasza czwórka oswaja rzeczywistość w małym francuskim miasteczku. Czy to wystarczająco długo, aby stać się elementem krajobrazu? Czy to wystarczy, aby pokochać nowe miejsce i ludzi…
Na pożegnanie maternelle  sarenka w muślinowej sukience dygnie wdzięcznie przed ukochaną maitresse, zwyczajowo wycałuje też panią przedszkolankę w oba poliki i przez długie wakacje będzie tęsknić za najładniejszym chłopakiem w grupie. Ale tylko trochę, bo we wrześniu spotkają się pewnie w jednej szkolnej ławce CP. Jest taka  śliczna i smukła. Kiedy się uśmiecha oczy jej błyszczą a w prawym policzku pojawia się mały, zalotny dołeczek.  Kiedyś umierałam  ze strachu, bo nie mówiła nic, choć ja w swojej głowie słyszałam  wszystkie, niewypowiedziane przez nią słowa. Dziś jest dwujęzyczna i kiedy recytuje wierszyki w tym skomplikowanym, śpiewnie, cudnym języku jeszcze nie mogę w to uwierzyć. Przerosła najwyższych chłopaków w klasie, ale nadal niczym prawdziwa sarenka jest płochliwa.
Nasza suka skończyła 11 lat. Łeb jej posiwiał i przestała lubić spacery. Z pretensją w  czarnych ślepiach człapie do wyjścia, gdy musi zrobić mały toaletowy kurs na łąki. Gdyby nie codzienny zabawowy trening serwowany przez małą pańcię, pewnie nie budziłaby się wcale.  Czasem zastanawiam się czy ona wie, że  mieszka w obcym kraju, gdzie psy może też szczekają zupełnie inaczej, czy jest jej to zupełnie obojętne? Najważniejsze, że znajome ręce poklepują  i głaszczą przyjaźnie, no i zawsze czeka pełna micha. Szczęściara, nie musi się adaptować…
Moje szczęście  jak zwykle okopało się na pozycji niezależnej.  Mówi co myśli i tylko wtedy gdy ma coś do powiedzenia.  U nowych współpracowników i sąsiadów ma opinię mruka, świetnego fachowca  i nieczęsto zaczynają rozmowę z nim od: ca va?  Kiedy nasi sąsiedzi, Tina i  Claude robią wspólnie ciasto na lazanię, to popatrując w ich kuchenne okno -  zazdroszczę. Oszalałaś?! -  pokrzykuje piękna Włoszka  z Neapolu. – Ja nawet do wkręcania żarówek muszę wzywać fachowca, bo mój chłop ma dwie lewe ręce! Mój za to, za każdym razem szuka po szafkach kubka do kawy, zupełnie jakbym codziennie go przed nim ukrywała… Są na tym świecie rzeczy niezmienne.
Przez ostatnie trzy lata śmiałam się i płakałam na zmianę. Pakowałam walizki, by za chwilę z nadzieją je rozpakowywać. Wydawało mi się, że już, już wiem, by wieczorem odkryć na nowo pustkę w głowie.  Pocierałam szczotką skórę pod codziennym prysznicem by stała się grubsza, odporniejsza, jak tarcza. Wydawało mi się, że wraz z tą zmianą umarły we mnie wszystkie słowa, sny, dążenia. Łapczywie chwytałam w dłonie każdy dzień , myśląc, że przyniesie odpowiedź… Starych drzew się nie przesadza. Podobno.  Dziś już nie jestem tego taka pewna. Nie tęsknię, nie rani mnie niczyja obcość, inność czy niezrozumienie.  Joanna ze Wzgórza musiała umrzeć, by urodzić się na nowo..

Według googlowej informacji  na szok kulturowy składa się kilka etapów. Kolejne to zachwyt, zniechęcenie, adaptacja…  W przededniu naszej 3 rocznicy pobytu we Francji mam nadzieje, że dotarliśmy do ostatniej stacji z napisem – rozumiem i akceptuję.  Ciąg dalszy nastąpi…

     



wtorek, 11 września 2012

dom...

      Zawsze śpiewają o świcie, rzewliwie niczym syreny stalowych olbrzymów wpływających do portu. Wystarczy  senniej zacisnąć powieki, by niemal poczuć mokry piasek, słoność powietrza, chłód morskiej wody. I choć basowe dudnienie z pastwisk otula miękko mgła, sarenka wślizgując się drobnym ciałkiem w maminy podołek niezmiennie mamrocze... czy to statki? eeee...nieee, to tylko krowy... A potem zasypia natychmiast, mięciutko wplątana w nasze dłonie. Z upodobaniem uprawia nocne wędrowanie. Na nic zdały się skuteczne podobno sposoby  na przeflancowanie intruza do dziecinnego łóżeczka. Nic nie działa. Bose stópki odmierzają domowymi korytarzami, cicheńko, co noc tę samą odległość, niczym duszek. Wierzę, że przyjdzie dzień, gdy nasza córeczka poczuje się tu bezpieczna i obudzi się rano, sama w dziecięcym pokoju.
   
     Lorraine wokół faluje zielono  i  rdzawo, jak jedwab dziewczyńskiej sukienki. Czesane wiatrem trawy na pastwiskach, dygoczą migotliwie w ostrym jak brzytwa powietrzu.  Wieje - nawet, gdy wokół letnia suchość i upał. Puszczane z upodobaniem latawce wyrywają się na wolność, w nieznane. Może powinnam przyczepiać do nich małe pudełeczka z kartką w środku: - To ja Joanna ze Wzgórza w dolinie Mosseli piszę swoje kolejne contes de la Colline...
   
    Najbardziej lubię okolicę o poranku, gdy zanurzone jeszcze w mglistej różowości miasteczka wolno odkrywają swoje sekrety. Wieże malutkich kościołów, wąskie uliczki wczepione w strome zbocza. I okiennice. Tysiące.We wszystkich możliwych  kolorach. Zalotne niczym kobiece powieki zazdrośnie strzegące domowych sekretów.  Lekkie, jak skrzydła ptaków, co przycupnęły na chwilę na kamiennej ścianie. Wąskie strumyczki dróg wspinają się i opadają leniwie, przepuszczając ledwie auto w jedną stronę. Zjeżdżamy na pobocza, gdy trzeba minąć się z sąsiadem, co macha życzliwie na każde takie mijanie. Inni już też machają, choć jeszcze ich nie znam. Siwowłosa, starsza pani, rytmicznie wybija rytm sportowymi butami. Biegnie. Mijam ją w czwartek, zawsze w tym samym miejscu, o tej samej porze, za zakrętem w lesie, gdzie pierwszej naszej francuskiej zimy wpadłam w poślizg. Usmarkana od płaczu wróciłam do domu przekonana, że zaraz spakuję walizki i pojadę z powrotem, tam, gdzie wszystko wciąż jeszcze pachnie domem. Ale ta siwowłosna pani w kolejny czwartek puściła do mnie oko, a w następny uniosła dłoń na powitanie, choć przecie nie znam jej wcale. I zostałam. Oswajając nowe miejsca i ludzi.
   
    Dom jest wielki. Niestary i nie nowy. Zbudował go Pepi, z dala od wsi, przy rozstajnych drogach.  Na pagórku, co by go wszyscy widzieli.I żeby móc patrzeć daleko, aż po horyzont, po maleńkie Kirsch w dolinie, po Kathyville ucupnięte w miejscu gdzie zachodzi słońce. W takim miejscu nie widzi się przeszkód. W takim miejscu można tylko chcieć więcej.
    Kamienne schody z ogrodu prowadzą na piętro. Mają niebieską poręcz i podest dla złapania oddechu. Mir zamontował na samej górze zgrabną furteczkę. Dla dziecka, co by nie zleciało na łeb na szyję i dla suki, która od razu wdała się w amory. Diabolo i Sheyen, czarne jak atrament labladory czekały na nas tej nocy gdy po raz pierwszy otworzyliśmy drzwi nowego domu... Obszczekały, a zaraz potem pozwoliły się pogłaskać.
     
     Chwilę przedtem Mir zatrzymał furgonetkę na skraju wsi, zapalił światełko nad głową, popatrzył mi uważnie w oczy i oznajmił - Powiedz tylko słowo, a zawrócę do domu.... Nawet gdybym zdążyła odpowiedzieć, nic by to nie zmieniło. Bo widocznie zapisano nam w gwiazdach wędrowanie. Nie zdążyłam, bo z poobijanej półciężarówki, która wyhamowała obok, wykulnęła się energicznie niska, przysadzista postać. W ciemnościach załomotała w drzwi Nareszcie jesteście! wyłapałam ze zlepku ąąą ęęęę i rrrrr. Potem w mdłym, samochodowym światełku ujrzałam trochę rozczochrany rudawy łeb i mądre oczy. Marit - nasza przyszła szefowa, przewodniczka i mentorka. Pies rozwalony w słodkim niebycie, na capniętym w ostatniej chwili domowym dywaniku, oszalał. Wyciem i szczekaniem obudził dziecko, które ochoczo przyłączyło się do chóru. W domu na skraju wsi zapaliły się światła. W następnym również. Chodźcie, chodzicie kochani - poganiała nasza patronka - zanim ściągną nam na głowę  gendarmerie!!!
    
    Tej nocy zasypialiśmy razem z dzieckiem na małżeńskim materacu na podłodze, wsłuchani w ciszę wielkiego, pustego apartamentu z czterema sypialniami. Jeśli doliczyć sukę, której udało się wcisnąć na ten materac po jednej przedniej i zadniej łapie, to było nas czworo. Mir przed snem, jak pacierz powtarzał jedynie zdanie, które po francusku opanował przed wyjazdem do perfekcji - Madame, vous avez du pain....Madame, vous avez du pain....Madame, vous avez du pain....
      I do dziś za bardzo nie wiadomo, dlaczego na dzień dobry domagał się od Marit chleba?
   



środa, 18 maja 2011

bon voyage...

Dziwne uczucie... Jak przed pierwszą randką, przed pocałunkiem z ukochanym. Radość i strach. I ciekawość - ludzi, miejsc i zdarzeń...

Wyglądamy jak rumuńscy uchodźcy. Bus załadowany na sztywno kartonami. Na fotelu pasażera sarenka z paczką kolorowanek i dwoma gigantycznymi pluszakami, obok wpięta w specjalne pasy suka - w zasadzie wniebowzięta, po skandalicznym wyżarciu resztek z lodówki wywalonych do kompostownika! Dwóch weterynarzy pytało nas ostatnio dlaczego ten pies taki gruby...? No właśnie, dlaczego? Skoro dostaje głodowe niemal racje karmy???  
Wyruszamy o świcie, by w naszym nowym ":miejscu na ziemi" powiedzieć wieczorem bonsoire...:0

To był okropnie ciężki czas. Zamykania jednych spraw i otwierania innych. Udało się, bo widocznie los sprzyjał i droga, którą podążamy jest nam pisana. Zastanawiam się czasem czy TAM będzie wzgórze? Czy stworze je w swoim sercu i głowie...
Inkę wzięłam ze sobą, a jakiś próg do siedzenia też się znajdzie:)

Bon voyage!

sobota, 2 kwietnia 2011

Kiedy mężczyzna kocha kobietę…

Ciekawam jest, co myślą o tym kobiety. Co czują, czego pragną. Jakie emocje nimi targają. Jakie marzenia?

Mojego szczęścia nie było w domu tydzień. Piszczałyśmy obie ze strachu i zachwytu, kiedy w końcu wkradł się cichutko do salonu, stał chwilę w progu i obserwował jak sarenka wciągając wieczorne mleko, ogląda misia Ruperta i głaszcze moją rękę…
Broda mu urosła jeszcze bardziej szorstka i dzika. Wąsy nastroszone, włosy jak ryżowa szczotka. Wokół oczu – nieprawdopodobnie błękitnych, nieprawdopodobnie jasnych – siateczka zmarszczek, jakby głębsza. Długo parskał i chlapał w łazience, a potem siedział i siedział przy stole nad kubkiem herbaty i patrzył. Pachniesz… domem – mówił, oglądając uważnie każde słowo w świetle kuchennej żarówki. I słodko...i gorzko…i słono…- mówił, nie dotykając ani moich dłoni ani ust…
Od czwartku robimy razem różne rzeczy. Posadził mi trawę na łysych plackach w ogrodzie. Poprawił zdemolowane przez wiatry konstrukcje na groszki i powojniki. Umył auto i wypucował je w środku. Dwa dni z rzędu zabrał sarenkę na wycieczkę, abym mogła nacieszyć się ciszą i…maszyną. Obejrzał ze mną prawdziwą historię Janosika:) i wypił nie ulubioną inkę, bujając się na drewnianej huśtawce przed domem…I jeszcze kochał.

Czasem jest mi źle, bo nie mam tak jak inni. Przemierzam szmaragdowy spłachetek traw, targanych wiatrem. Z polnych kamieni, wydłubanych z ziemi, usypałam już własny mur. Bywa, że tęsknię…Za światłami wielkiego miasta, szmerem byle jakich rozmów i braw. Marzę i lecę, jak nocna ćma zwiedziona fałszywą obietnicą. Strasznie to głupie. I próżne.

Przecie, zazwyczaj mam to, czego nie mają inni…

wtorek, 22 marca 2011

ciiii...

Zostałyśmy same z sarenką. Na dłużej. Małżeńskie szczęście zagląda co kilka dni, ukocha nas obie, obleci obejście i znika. Niewiele siadam do maszyny. Niewiele tworzę. Czasem jakie ptasie trele po nocach. Czy ciekawe świata zające. Wiatr tarpie brzozowymi warkoczami tak mocno, że nie sposób nawet lnianych mobili uczciwie zapozować do zdjęć.











Pachnie dymem z ogniska. Sarenka biega w kłębach dymu grzebiąc patykiem w kamiennym palenisku. Potrafi powiedzieć już prawie wszystko. Dzieli się emocjami, opowiada żarty, kłóci zapamiętale, gdy chce postawić na swoim. Bywa słodka jak miód obejmując łapkami moją buzię i zapewniając czule – Gaba kofa mamę… taaaaaak…Irytująca, jak diabli, gdy przy lada czynności trzeba cierpliwie przedzierać się przez - Siama!!! Ja siama! Bywa cudna, gdy co rano biegnie podnieść roletę w sypialni klaszcząc w dłonie z radości: Sonce! Mama sonce sieci! Gaba cieszy!!! Rośnie. Szczupłe, dziewczyńskie rączki i nóżki sterczą z nogawek spodni i przykrótkich rękawków. Trzeba jej po zimie wymieniać niemal całą garderobę, na co panna podskakuje z radości, bo jak rasowa kobietka lubi zakupy!







Suka wytrzepała wodę z futra po kąpieli w stawie, wyszukała w kupie gałęzi zgrabny patyk do obgryzania i grzeje się przy ognisku. Stała się na stare lata tak leniwa, że na spacerach po lesie kroczy dostojnie jak w procesji. Stado przepięknych jeleni, które wypłoszyłyśmy niechcący w leśnej kotlinie goniła całe 15 metrów… Poszły bokiem, okrążając nas zboczem z jednej strony i odcinając drogę powrotu. Ziemia dudniła pod ciężkimi kopytami mrucząc ostrzegawczo jak nadchodząca nawałnica. Kolejne dwa szurnęły z drugiej strony demonstrując poroża wielkie jak skrzydła. Dzielny domowy pies, w drodze powrotnej nie oddalił się nawet na pół metra od mojej nogi. Mała dziewczynka co chwile przystawała, kładąc paluszek na ustach i nadsłuchując…ciiii…

Spaliłam zeschnięte badyle i wyszlifowałam drewniane, ptasie oczy. Jutro pomaluję całość i będzie gotowa nowa rzeźba. Błyszcząca i zielona jak wodorosty w stawie.
Prosta i zwyczajna. Jak codziennie mruczane pod nosem modlitwy.
O słońce. O miłość. O zdrowie.

debata - tratatata...

Nie nalezę do sympatyków Leszka B. Spłacałam kredyt inwestycyjny, kiedy wdrażał przed laty swoje reformy. I choć trzeba mu oddać, z perspektywy dwudziestolecia – uratowały nam – Polsce – tyłek, to byli i tacy co owych rewolucji nie dźwignęli.
Kredyt spłaciłam. Nawet w terminie. Wyłącznie dzięki pomocy rodziny, wyrzeczeniom i potwornej orce od świtu do świtu. Jednak parę razy trafiłam na takich co się „powiesili”. I to w dosłownym rzeczy rozumieniu...
Nie dziwię się wcale emocjom, które pan profesor budzi, ale do poniedziałkowej debaty o OFE zasadziłam się bez żadnych złych intencji. Raczej zaciekawiona. Jako, że debata znamienitych ekonomistów to dla blondynki w wieku średnim nie lada wyzwanie – siedziałam uzbrojona w kieliszek z czerwonym winem.
Obniża ciśnienie i dobrze robi na trawienie…
O poziomie dyskutowania ministra obecnego rządu mówić nie ma co – był „przypodłogowy” jak to określa szwagier. O byłym premierze – klasa i klasyka w jednym;0 Cudne zwłaszcza powłóczyste spojrzenia jakie posyłał w odpowiedzi na zarzuty pana ministra…źle zrobiliście w 1989 roku!! Bardzo zabawne, bo zaledwie dekadę temu pan minister doradzał Leszkowi B w jego genialnym planie.
O panach dziennikarzach prowadzących powtórzę za sarenką: O bozie…
O pieniądzach? O pieniądzach i tych w OFE i tych którymi opłacamy rozliczne podatkowe haracze – ile by ich nie było i tak zawsze okaże się zbyt mało na przepastne zachłanne apetyty polityków…
Kto debatę wygrał? Z pewnością nie my, skoro rząd musi położyć łapę na NASZYCH pieniądzach, co by ratować publiczny dług.

Dlaczego czuję się manipulowana?

gdybym tylko miała pewność...

Mowę mi odjęło na dłużej. Nie tyle z niemożności wypowiedzenia się, ile z natłoku życiowych wydarzeń i rozterek nad rozwiązywaniem tego co jeszcze nierozwiązane. Złe wiadomości posłaniec przynosi do mego domu najczęściej o świcie. Może i dlatego, żem rano zazwyczaj energetycznie nastrojona.

Nie śpisz…- szeptała smarkając w słuchawkę. Zadziwiające, ile człowiek potrafi wyczytać z takiego szeptu. Ile zobaczyć w przód. Intuicyjnie usiąść, przytrzymać się ściany albo bez końca zatrzymywać oddychanie.
Wróciło… wszystko wróciło. – szeptała dalej, a drobiny kurzu kołysały się leniwie w zwisającym z okna słonecznym warkoczu. Pocierałam wnętrza dłoni, bo parzyły od pulsującej wokół energii. Dlaczego ja?! – umilkła potem bezradnie.
Kolejny zły wynik. Kolejna operacja. I strach, czy tym razem się na pewno się uda.
Panie Boże, dlaczego właśnie ona…?

Na zaczyn do drożdżowego ciasta najlepsze są drożdże prosto z piekarni. Półkilogramowe bloki zawinięte w siermiężny pergamin. Kroją je w plastry wedle życzenia i takie świeżusieńkie, pachnące zalewam ciepłym mlekiem z odrobiną cukru i mąki. Dobrze wyrobione ciasto puchnie w ekspresowym tempie. Jeśli dodamy niewiele cukru i symboliczną kruszankę po wierzchu drożdżówka najlepiej smakuje, gdy pajdę maźniemy domowym masłem… Może i pozatyka nam żyły cholesterolem, ale z pewnością nie naszpikuje konserwantem.

Ilekroć puchnie we mnie poczucie zagrożenia, sięgam po proste domowe czynności. Najlepiej wychodzi mi ciasto drożdżowe i szarlotka. Coraz lepiej grzebanie w ziemi i przekopywanie ogrodu. Nie pogardzę nawet sprzątaniem psich kup po zimie. Zaczęłabym odkopywać pozatykaną meliorację w okolicy, gdybym tylko mogła zyskać pewność, że świat każdego ranka obudzi się w tym samym miejscu, gdzie zasypiał.
A wraz z nim, moi bliscy…

wtorek, 8 marca 2011

wiosenne torbole;)

Sklep działa. Bez fanfar i biskupa z kropidłem. Do dziś nie wiem jak udało się te wirtualny stragan uruchomić, przy moich zerowych umiejętnościach:) Co prawda zdjęcia produktów do poprawki, image do korekty, parę funkcji nie działa, ale proszę o chwilę czasu i "jeszcze będzie wspaniale"...! Dziś np. padło dodawanie nowych produktów i zdjęć, więc póki co utknęłam.
Jeszcze raz ukłony specjalne dla Fionki za pomysł i podpowiedź. Cmok!

Na bieżąco będę w nim zamieszczać projekty, które wymyślam. Oczywiście jak sarenka i zdrowie pozwolą...!!!

A na nocne oglądania nowe wiosenne pomysły na torby i torbole;)

Moja córeczka mówi o niej toooba... I rzeczywiście prawdziwa z niej tuuuba:0
Uszyta z jeansu i bajecznie kolorowego płótna w kwiaty. Z przodu zabawna kieszonka zapinana na rzep. W środku podszewka i dwie wygodne kieszenie do przechowywania drobiazgów. Wymiary: 38 cm x 48 cm.

Wyjątkowa. Jak łąka za moim domem na Wzgórzu...




















Pasiaczek - to połączenia grubego płótna w delikatny prążek z ciemnym jeansem. Świetnie się nosi. Pakowna i szykowna. Tetenia na jej widok przymierzyła się ze trzy razy. Młodzież stwierdziła...moja faworytka

Też ją lubię;)




















I inne moje torbolowe piekności:)