niedziela, 21 czerwca 2015
Sacha
Wreszcie pada. Limasy zaatakowaly nasze grzadki z warzywami. Bez powodzenia, padalce okazaly sie szybsze. Upasly sie chyba na tych slimakach, bo porosly niczym anakondy. Siedza pozwijane w winoroslach pod kamiennym murem. Nie sycza i nie robia halasu, to omijamy sie szerokim lukiem. Nie zjem w tym roku pewnie ani rodzynki... Na padalce poluja z upodobaniem koty. Dla zabawy. Padne trupem, jesli znajde jeszcze jeden urwany, jaszczurczy ogon!
niedziela, 19 kwietnia 2015
Duchy
Bylo jak powiedzial
Mir. Dom nas znalazl. I uwodzil. Snul pajeczyne rozlicznych
westchnien i wspominek. Wszystko w nim oddychalo i skrzypialo.
Pachnialo cedrem w stuletnich szafach ze skrytkami w podlodze. Pielo
się ku gorze kretymi stopniami w kolorze orzecha. Niebiescilo
resztkami wyblaklej tapety w niezapominajki ze scian w sypialni na
poddaszu, gdzie kiedys bawily się male stolarzatka. Zewszad lypaly
sumiaste oblicza z pozolklych fotografii. Starannie ulozone na
stoliku okulary w rogowej oprawce i buraczkowy sweterek przycupniety
na oparciu fotela.
Dom zyl i czekal. Nie było w nim opuszczenia,
tak jakby starzy gospodarze wyszli kuchennym drzwiami, sciezka pod
gore, potem schodami wspieli się między kamienne sciany
ogrodu,chroniac w chlod starej pini, pod która rosna najprawdziwsze
poziomki... To szalenstwo – deptalam
te mysl zawziecie w
glowie, pukujac w kamienny
okap nad kuchnia, przez który z latwoscia szlo
przepchnac wolu. Ja
boje się duchow!
Przez chwile zylam
nadzieja w zdrowy rozsadek potomkow stolarzy. Moze nie zechca
sprzedac emigrantom rodzinnej siedziby albo przynajmniej cene
wywinduja zaporowo. Ale czar dzialal. Jean Louis po wyrzuceniu z
siebie kilkudziesieciu voila, przyjal
oferte. Przy trzecim spotkaniu, stwierdzil ze nie jestesmy calkiem
normalni i bogu dziekuje ze to właśnie my wprowadzimy się do domu
Jacque`ow. Jak na paryzanina,
Jean Louis ma nadzwyczaj zyczliwe podjscie do ludzi. Jak na bodygarda
bylego prezydenta tego pieknego kraju, to straszna z niego gadula...
Lato
mijalo, a czar dzialal nadal. Mimo wakacji i urlopow, dokumenty
wplywaly w odpowiednie okienka. Stosy papierkow, swiadectw i
pieczatek scielily wnetrze bialego segregatora z napisem DOM. I
jakims cudem w kartonie po
przeprowadzkach za kazdym razem
udalo się znalezc swistek
natychmiast niezbedny u notariusza. Poddalam
się w koncu, bo Mir cale noce sadzil we snie owocowe drzewka i
„porzecki”. Rozstawial ule w ogrodzie i urzadzal „swoje”
atelier. To co było robic, zachcialo
mi się tam BYC. Z calej sily.
Jeszcze kilka
miesiecy i czeka na mnie okrągła rocznica urodzin. Najgłupsze jest
to że niczego nie żałuje. Żadnych zmarnowanych okazji. Ot,
żyłam. Jakie to proste. Zrolowana trzykrotnie poduszka łupie kregi
szyjne na cwierc. Ksieżyca każdej nocy przybywa, wiec wlewa się
nachalnie do sypialni. Bezsennie. Kłyik…kłyik…kłyik… Deski
podłogi skrzypią niemiłosiernie, gołą stopą usiłuje wymacać
najcichszą droge do schodów. Chłód nawoskowanych stopni
oznajmia mete. Kyikanie ustaje. Phi! Półwiecze! Jezu, jaka cisza.
Niech sobie jeszcze pośpią.
Piekarz Manu
zajeżdża o 7 rano pod same drzwi. Z wnętrzności bagażówki
celują we mnie spiczaste nosy bagietek i croisantów. No jak ci
tam w tym domu? – zagaduje, pakując moje traditionel .
A tobie? W tym wielkim mieście? –nie jestem dłużna.
Po 40 latach życia w małej przygranicznej mieścinie, Manu z
rosyjską żona i 5-letnia córeczką przeniósł sie do stolicy
regionu. Wstaje codziennie o 2.30 żeby zdażyc do pracy i rozwieźc
pieczywo. Wlekąc po podłodze pasek od szlafroka, przysiegam sobie
witac Manuela nastepnym razem kompletnie ubrana. Chrupią te
bagietki cudnie. Dlaczego on właściwie nosi kominiarke? Na
termometrze za kuchennym oknem ledwie minus jeden. Piekarz w czarnej
kominiarce o 7 rano pod moimi drzwiami…
I kto mi w to
uwierzy?
piątek, 20 marca 2015
Stworzony dla nas...
Latem, ubieglego
roku bylam tu po raz pierwszy. Pamietam ten ranek. Siapilo
monotonnie, ziemia nabrzmiala deszczem oddychala ciezko, a ja
panicznie balam się, ze podeszwa sandala rozdyzdam jednego z tysiecy
limasow lazacych po wybrukowanej kocimi lbami sciezce. Z
niezrozumialych powodow brazowe slimaki bez domkow na grzebicie
wywoluja we mnie ataki paniki.
Szczuple palce
Isabelle kreslily w powietrzu migotliwe znaki. Szumialo spadajaca z
gory kaskada, bulgotalo i spiewnie zawodzilo. I bylabym już wtedy
wiedziala ze lubie to miejsce, ale nie moglam się skupic, bo wokół
lazily te cholerne, gole robaki!
Dom stoi przy
glownej drodze. Tyle, ze z ulicy jest niemal niewidoczny. Trzeba
wiedziec gdzie spojrzec aby mrugnal radosnie bialymi okiennicami. Nie
to co dom luksemburczyka z naprzeciwka – jak na dloni. Kuknac mu na
salony można z prawej i lewej, a nawet od podworka, bo wybudowal się
po wewnetrznej na luku glownej drogi. Czasem mam ochote go zapytac
czy nie boi się ze jakiś nadmiernie rozpedzony wjedzie mu o poranku
do sypialni. Tyle, ze okazji do rozmow brakuje. Luksemburczyk ludzi i
rozmow unika. O swicie otwiera rolety zamczyska i znika. O zmroku
wslizguje czarne „odi” w czelusci garazu i wszystkie okna
zamykaja szczelnie swoje powieki. Kiedys zanioslam mu paczki, które
kurier z ulga cisnal na rece mojego drwala, argumentujac
przekonywujaco: Sympatyczni z was ludzie, oddacie mu,co? Dobrze
będzie? Ze trzy godziny
ukladalam przemowe, dreptajac nerowowo na rozstaju drog, zeby nie
przegapic powrotu luksemburczyka. Czesc, jestem twoja nowa
sasiadka. Mam dla ciebie paczki, kurier zostawil... - prawie
dygnelam przed nim w progu. Aaaa...dzieki..-
po czym zamknal mi zamkowe
wrota przed nosem. I po
prezentacji.
Tego dnia, latem,
wrocilam w to miejsce z Mirem i sarenka. Padanie ustalo. Czarno -
biala Isabelle machnela na pozegnanie smukla dlonia, zeby dodac
odwagi: Jest stworzony właśnie dla was...W
ogrodzie za domem wznoszacym się ku gorze niczym widownia w
amfiteatrze zachodzace slonce tkalo pachtwork z oranzy i polcieni.
Kamienny mur chronil przed najezdzcami. Z nosami przyklejonymi do
wielkich okien ze szprosami starej stolarni dlugo wdychalismy
zywiczny zapach. Potem drwal usiadl na schodach przed atelier,
westchnal zrezygnowany i zrobil krotkie resume : Strasznie dużo
roboty. Machnal jeszcze dla
porzadku ze dwa razy wahadlem
na sfatygowanym sznurku. Nawet zaczelam protestowac, przecie nic na
sile, nic nie musimy... Za pozno – ucial.
Dom nas już znalazl.
Teraz nasi goscie
patrzac na dwie 19 utkane z metalu w rzezbionych drzwiach wejsciowych
usmiechaja się z podziwem, jaki to my mamy piekny stary, stuletni
dom z kamienia. Sekret znamy tylko my. Wyjawil go Emil, ojciec
Isabelle, rzucajac na stol przy okazji wspolnej herbatki, fotokopie
przecudnej urody lokalnych map z czasow napoleonskich. O! Voila!
Oto wasz dom wyrysowany i wszystkie parcele
– wskazal, pukajac radosnie palcem w pozolkly papier...
No i voila.
czwartek, 10 kwietnia 2014
Akceptacja. Mes amis...
Rozrylotany ogrodowy stół slużył jak umiał u kuchni, przez pierwszy rok naszego pobytu we Francji. Blat zbudowany z klapeczek miał 3 centymetrowe szpary, przez które uciekało jedzenie, przy byle marnym puknięciu stopą w mebel. Lojalnie uprzedzaliśmy gości, że najlepiej trzymać naczynia w objęciach, nie ruszać sie, nie gestykulować i broń boże nie oddychać! Przy tym stole pewnego dnia przekonywałam Caroline, że ...mój mąż całe życie marzył o tym, żeby mieć... bogactwo... 40 letnia "bankierka" z Luksemburga, patrzyła na mnie w kompletnym oniemieniu przez dlugą chwile, a potem ściskając w dłoniach moją najcenniejszą filiżankę, ryknęła z ulgą .... ruches!!! - ule!!! (oba wyrazy riche - bogaty i ruche - ul, wymawia się bardzo podobnie)
Zmieniliśmy stół. Na łące nad strumieniem postawiliśmy pierwsze ule. Kolejnych osiem czeka w tym roku na zasiedlenie. To zabawne, ale za każdym razem, kiedy pracujemy w naszej pasiece, ubrani w białe kapelusze z woalem, jesteśmy z moim szczęściem bogatsi niż arabscy szejkowie.
***
Jean Marie zaprosił nas na pierwsze wiosenne spotkanie związku pszczelarzy. Mir zaparł się w drzwiach i oświadczył, że nie jedzie. Nie rozumie, co mówią i ośmieszać się nie będzie. Zaopiekuje się sarenką. Akurat. Salka w piwnicach niczym świetlica w Pcimiu Dolnym. Wyblakłe owadzie fotki i tablice przyrodnicze na ścianach. Długi stół, niewygodne krzesła. Swojsko. A potem zaskakujące słowa Jean Marie, który przedstawiał nas po kolei kolegom...mes amis... z Polski. Łapa, łapa, całus, całus...moi przyjaciele...moi przyjaciele...mes amis... brzęczało nam w uszach. To już? Tak o, bez fanfar i anielskiej muzyki???
Potem Adrien, prezes stowarzyszenia sporo mówił o sprawach organizacyjnych, robił zapisy na słoiki i materiały do produkcji miodu. Przerwy na zaczerpniecie oddechu wypełniali inni bucząc jak pszczela rodzina. Pewnie całkiem sporo byśmy z tego zrozumieli, gdyby nie Charlotte co usiadła naprzeciwko. Czerwony obcisły sweterek, kruczoczarny kok, nos na haczyk i ogromne egzotyczne kolczyki w uszach pobrzękujące przy każdym poruszeniu. Oczu nie dało się oderwać. Nerwowo sprawdzałam, gdzie odstawiła swoją miotłę do latania. Kiedy zapytała Adrien co za cholerstwo jej sie porobiło po zimie w ramkach ... takie twarde kamyczki jak poskrobać paznokciem? - mój chłop oniemiał. Uszczypnij mnie, miodu z ula nie wybrała! Wcale nikt się nie śmiał. Nikt nie krytykował. Głos w dyskusji zabrał nawet mikry chłopczyna z lewej, właściciel jedynego przydomowego ula. Adrien cierpliwie koleżance tłumaczył, że te kamyczki to skrystalizowany miód. Serio. Serio.
Przy aperitifie na koniec spotkania moje szczęście w najlepsze prowadziło dysput z dwoma najbardziej doświadczonymi pszczelarzami w grupie, których chłop sobie znanym sposobem wyłuskał juz po paru minutach. Z zaangazowaniem słuchając historii Pierre, który przez kilkanaście lat uczył się zawodu w serowarniach Francji, Szwajcarii i na Kostaryce, studiowałam szczegóły pieknego sutaszowego naszyjnika, który nosi na szyi. 12 procentowy musujący hydromiel, którym to żeśmy nowe przyjaźnie przypięczętowali szumiał lekko w głowach. Dobry był. Jeśli wierzyć słowom Adrien to pierwszy alkohol na ziemi - sfermentowana mieszanina miodu w wodą.
Sarenka przetrwała narady pszczelarzy, choć wnosiliśmy ją do domu około płónocy w na wpółśpiącą. Na biurku czekają na wypełnienie formularze do rejestracji naszej pasieki i nadania jej oficjalnego numeru. Kolejne zebranie i spotkanie z mes amis.... za miesiąc:) Mam wrażenie, żeśmy wreszcie wyleźli z etapu zniechęcenia i wyszli na dłuuuuugą prostą akceptacji.
Potem Adrien, prezes stowarzyszenia sporo mówił o sprawach organizacyjnych, robił zapisy na słoiki i materiały do produkcji miodu. Przerwy na zaczerpniecie oddechu wypełniali inni bucząc jak pszczela rodzina. Pewnie całkiem sporo byśmy z tego zrozumieli, gdyby nie Charlotte co usiadła naprzeciwko. Czerwony obcisły sweterek, kruczoczarny kok, nos na haczyk i ogromne egzotyczne kolczyki w uszach pobrzękujące przy każdym poruszeniu. Oczu nie dało się oderwać. Nerwowo sprawdzałam, gdzie odstawiła swoją miotłę do latania. Kiedy zapytała Adrien co za cholerstwo jej sie porobiło po zimie w ramkach ... takie twarde kamyczki jak poskrobać paznokciem? - mój chłop oniemiał. Uszczypnij mnie, miodu z ula nie wybrała! Wcale nikt się nie śmiał. Nikt nie krytykował. Głos w dyskusji zabrał nawet mikry chłopczyna z lewej, właściciel jedynego przydomowego ula. Adrien cierpliwie koleżance tłumaczył, że te kamyczki to skrystalizowany miód. Serio. Serio.
Przy aperitifie na koniec spotkania moje szczęście w najlepsze prowadziło dysput z dwoma najbardziej doświadczonymi pszczelarzami w grupie, których chłop sobie znanym sposobem wyłuskał juz po paru minutach. Z zaangazowaniem słuchając historii Pierre, który przez kilkanaście lat uczył się zawodu w serowarniach Francji, Szwajcarii i na Kostaryce, studiowałam szczegóły pieknego sutaszowego naszyjnika, który nosi na szyi. 12 procentowy musujący hydromiel, którym to żeśmy nowe przyjaźnie przypięczętowali szumiał lekko w głowach. Dobry był. Jeśli wierzyć słowom Adrien to pierwszy alkohol na ziemi - sfermentowana mieszanina miodu w wodą.
Sarenka przetrwała narady pszczelarzy, choć wnosiliśmy ją do domu około płónocy w na wpółśpiącą. Na biurku czekają na wypełnienie formularze do rejestracji naszej pasieki i nadania jej oficjalnego numeru. Kolejne zebranie i spotkanie z mes amis.... za miesiąc:) Mam wrażenie, żeśmy wreszcie wyleźli z etapu zniechęcenia i wyszli na dłuuuuugą prostą akceptacji.
wtorek, 25 lutego 2014
Rozczarowanie. Jest jeszcze zbyt wcześnie…
Miejsca przez nas opuszczone nie czekają. Żyją obcym rytmem, bez
umierania z tęsknoty za nieobecnym. Wracanie, nawet z mapą w dłoni, jest
napisaniem historii na nowo. Starych opowieści próżno szukać na półkach z
nowościami. Kiedy Magda z Na 27 Stronie podróżuje
na południe, stawia pieczątki w mojej głowie. Kocham czytać jej obrazki z podróży. Wiesza je
na ścianie, przekrzywione przekornie, monochromatyczne, ledwie muśnięte
obiektywem. Ramka ze słów kołysze się przez chwilę. A potem noszę ten obrazek
pod powiekami, jak niedośniony sen i wymyślam mu happy endy. Bo dobre historie
muszą się gdzieś zaczynać i kiedyś skończyć.
A jak oswoić miejsca jeszcze
niepoznane? Próbuję być cierpliwa. Odmierzam kroczkami rytm każdego dnia.
Cztery razy dziennie w drodze do szkoły, zawsze przy drewnianej balustradzie ci
sami monsieur et madame. Emeryci, odprowadzają wnuka. Życzą mi miłego dnia albo kiwają na powitanie.
Uśmiecham się, odmachuję do Didier, czekającego w samochodzie i składam usta w
bonjour dla sekcji palaczek na zakręcie rue Des Ecoles. Z mamą Savanah mijamy
się niezobowiązująco, bo wciąż mam do niej żal o sarenkę. Kiedy dziewczynki
chciały pobawić się w domu u Savanah, sympatyczna z pozoru madame
zaprotestowała – cóż, jest jeszcze zbyt
wcześnie… Nadal interpretuję jej słowa na wszystkie sposoby, ale smutnej
podkówki na buzi mojej córeczki, gdy dowiedziała się, że nie może spotkać się z
koleżanką, długo nie zapomnę. Najgorsze, że nie potrafię maluchowi za bardzo
wytłumaczyć: pourquoi?
Emil Pitch garażuje auto w murowanej stodole w pobliżu szkoły. Jest idealnie okrągły jak krążek cammemberta i nosi na szyi fantazyjne apaszki do koszuli w kratkę. Owdowiał nie tak dawno, ale uśmiech nie znika z rumianej twarzy. Wita się ze mną tubalnie już przez szerokość ulicy. Urodził się i mieszkał w miasteczku przez 80 lat, stąd pochodzą jego rodzice. Ma status tubylca, a to górny szczebel miejscowej drabiny. Najniższy zajmuje element napływowy, a raczej przepływowy, który zatrzymuje się w village na kilka miesięcy, góra kilka lat i etrangers, czyli my - obcokrajowcy. Poniżej szczebli plasują się pewnie ci co nie pracują i funkcjonują dzięki zasiłkom.
Nasze notowania muszą być przyzwoite, gdyż pewnego dnia Emil pierwszy dokonał prezentacji. Ze środka okazałego krzewu jeżyn, na skraju pastwiska wybulgotało nagle – To Ty Jeanne? Nasz stary pies zaskoczony, wystawił zdobycz siedzącą w krzakach, a ja opanowawszy palpitację serca, potwierdziłam cieniutko – A kto pyta? Emil wygramolił brzuszysko z jeżynowego uścisku i zaprezentował mi słoik pełen owoców - To na konfitury. Sam usmażę. Kilka dni potem dostałam słoiczek pełen brunatnej galaretki słodkiej okrutnie. Dziękowałam, jakby to był wygrany los na loterii. Nie za konfitury, za pierwsze oswajanie.
Potem Emil zadzwonił do mojego szczęścia, że pszczoły z ula uciekły i boule wisi na gałęzi przy ścieżce na pastwisko. Jak się pospieszy to jeszcze je złapie. Chłop pognał ze specjalną skrzynką i zgarnął uciekinierki. Tym samym nasza mała pasieka pomnożyła się szczęśliwie. Parząc kawę zastanawiałam się, jak Emil Pitch zdobył nasz numer telefonu i kiedy przestaliśmy być anonimowi. Po raz pierwszy usiedliśmy z sąsiadem do stołu. Na gwiazdkę, w rewanżu za konfitury, Emil dostał słój miodu. Uśmiechnął się jeszcze szerzej niż zwykle, bo bardzo lubi miel…
A my lubimy Emila:)
Krok za krokiem przemierzam to miejsce, ufna że kiedyś mnie przyjmie, jak swoją. Pewnie się mylę, ale zdałam sobie sprawę, że przetrwa tylko to co się buduje starannie, cierpliwie, z miłością. Krok za krokiem.
niedziela, 9 lutego 2014
Bon appetit
Zachwycenie
Bon appétit
Bon appétit
Pepi zapytał mnie wczoraj o
generała Jaruzelskiego. Czy to prawda, że generał rozwodzi się, gdyż
pojawiła się w życiu byłego prezydenta pielęgniarka, znacznie mlodsza niż jego małżonka? Mam nadzieję, że farmerowi z Doliny Mozeli nie przyjdą do głowy podobne brewerie. Choć w starym piecu diabeł pali, a
opiekunka dwa razy w tygodniu zagląda do jego madame! Pepi już za kilka tygodni, obchodzić będzie 90
urodziny. Nadal jest czynny zawodowo i nie pozwala starości - ani
synom farmerom - spychać się na margines
życia. Pragnie być użyteczny. Podejrzewam, że witalność zawdzięcza genom i
tutejszej diecie. Pepi w zasadzie je tylko to co wyprodukuje farma – no, może
oprócz ulubionej coli!
W naszej lodówce śmierdzi. W centymetrowej szparce uchylonych drzwi kłębi
się smród, od którego wierci w nosie. Dawno
przestało mi to przeszkadzać, bo niemal we wszystkich francuskich lodówkach
śmierdzi. Jednak przyjezdne i goszczące w naszym domu panie, rozpoczynają od
dyskretnych porządków w kuchni. Oczywiście, pod moja nieobecność. Potem na widok pierdząco śmierdzących
serów wpadają w zachwycenie. Miekkie
dojrzewające cammebert i recollet lubią
wszyscy, bez wyjątku. Nawet szwagier, który najchętniej woziłby je do domu
uwiązane na zderzaku, byleby mu sprofanowały limuzyny. Twardy, łagodny - tomme du pays smakuje bardzo dzieciom. Sarenka kroi go jak
pajdki chleba. Suche małe krążki o intensywnym smaku używam zamiast
parmezanu.
Wielbię absolutnie wszystko co
wyprodukuje malutka serowarnia Kathy i jej męża Rolanda. A jabłkowe, przecierane soki w szklanych butlach?! Mój Boże! Do fromagerie prowadzam na wycieczki
wszystkich naszych gości, każąc klękać i modlić się do tego cudownego jedzenia.
Tetenia złośliwi, że mnie kiedyś po tych serach cholesterol zabije. Może i
zabije, ale jakże smakowita to będzie śmierć!
Nie wiem dlaczego o fermie Pierrette mówi się
że jest kacza, skoro po łące na zboczu, niczym pierzaste obłoczki drobią stada
białych i siodłatych gęsi, perliczek, kur, indyczek. Kiedy po raz pierwszy zabiła i oskubała dla
mnie kurę, moje szczęście odmówiło zdecydowanie konsumpcji . …bo z wielkiej, tłustej kury może być tylko
tłusty rosół! On wychował się na
wsi, wie lepiej. On się brzydzi. Wytargałam ze schowka żeliwny rondel, zakupiony na brocancie. Wielki
i ciężki jak łódź podwodna. Kura na trzy
godziny w czarnym pontonie wylądowała w
piekarniku. Nieomal, bez żadnych
ingerencji pośrednich. Pożarliśmy ją we trojkę jak troglodyci – „ręcami” i na
jedno posiedzenie. Biję się w piersi, mięso
soczyście pachniało ziołami, a na wierzchu miało chrupiącą skórkę. Ideał. Gęba
w niebie. Stoiska mięsne w okolicznych marketach oraz sklepy rzeźnickie straciły tego dnia
klientkę. Domowe menu wzbogaciło się
jeszcze o woły i wieprzki z okolicznych farm. Cieniutkie mergez i suszone saucisses
. No i smalec gęsi do wszelkiego przysmażania.
Guy ukradl moje serce w upalne
popołudnie, gdy zaprosił mnie i sarenkę na
ławeczkę w cieniu kamiennej ściany. Potem przyniósł wafelki i włożył do każdego
rożka lody czekoladowe kręcone na mleku
od krów z jego farmy. Sarenka nie lubi czekoladowych –
zjadłam dwa. Nie pamiętam nawet, żebym jadła kiedykolwiek pyszniejsze. Przy kolejnej
wizycie i degustacji, Guy wręczył mi numer telefonu. Na wszelki wypadek, gdybym
miała zachcianki! W jego lodówkach, oprócz czekolady, wanilii, pistacji etc.
czają się również owocowe sorbety. Raz, Lalka, przyjaciółka, wpatrzona w farmera z gębą pełną mrożonych malin prosiła -
powiedz mu! przetłumacz, że jest
SMACZNY jak te jego sorbety! Nawet
nauczyła Guy polskiego powitania. Moje szczęście prosi mnie zawsze o podwójną
porcję malin i mlecznej wanilii. Do dzisiaj nie wie, że lodziarz z francuskiej
farmy jest najprzystojniejszym farmerem jakiego znam! Nawet w białym czepku na
głowie!
U znajomych wieśniaków (paysons) kupuję jeszcze jaja, fois gras, kozie
sery, miód, warzywa, wino. Przestałam
robić konfitury, Hana smaży je tak, że nawet w środku zimy pachną latem i słońcem.
Z portfela wyfruwa więcej niż podczas zakupów w dyskontach. Przyjemność i
zdrowie mają swoją cenę, lecz (prawie) organiczne jedzenie zachwyca świeżością,
jakością, smakiem. I to zachwycenie na szczęście nie przechodzi, pomimo żabich
udek i ślimaków! Czasem tylko szlag mnie trafia, że Europa może, a płynąca
mlekiem i miodem nadwiślańska kraina nie potrafi otworzyć rynku malutkich,
lokalnych producentów. Nie potrafi znaleźć odpowiednich uregulowań prawnych,
ani urealnić oczekiwań pań z sanepidu. Szkoda.
Bon appétit.
niedziela, 2 lutego 2014
Starych drzew się nie przesadza?
Wydawało mi się, że jesteśmy tacy
podobni. Trochę różni różnicą dokonań pokoleń, ale jednak ulepieni z tej samej
gliny, wytrawieni w tyglu doświadczeń tożsamych. Ale gdzie tam! Miłość do
trunków, dobrego jedzenia, do zabawy to za dużo by pozostać wobec siebie
niewidocznym, to za mało by się zauważyć. Już za chwilę minie trzy lata od
kiedy nasza czwórka oswaja rzeczywistość w małym francuskim miasteczku. Czy to
wystarczająco długo, aby stać się elementem krajobrazu? Czy to wystarczy, aby
pokochać nowe miejsce i ludzi…
Na pożegnanie maternelle sarenka w muślinowej sukience dygnie
wdzięcznie przed ukochaną maitresse, zwyczajowo wycałuje też panią
przedszkolankę w oba poliki i przez długie wakacje będzie tęsknić za
najładniejszym chłopakiem w grupie. Ale tylko trochę, bo we wrześniu spotkają
się pewnie w jednej szkolnej ławce CP. Jest taka śliczna i smukła. Kiedy się uśmiecha oczy jej
błyszczą a w prawym policzku pojawia się mały, zalotny dołeczek. Kiedyś umierałam ze strachu, bo nie mówiła nic, choć ja w
swojej głowie słyszałam wszystkie,
niewypowiedziane przez nią słowa. Dziś jest dwujęzyczna i kiedy recytuje
wierszyki w tym skomplikowanym, śpiewnie, cudnym języku jeszcze nie mogę w to
uwierzyć. Przerosła najwyższych chłopaków w klasie, ale nadal niczym prawdziwa
sarenka jest płochliwa.
Nasza suka skończyła 11 lat. Łeb jej
posiwiał i przestała lubić spacery. Z pretensją w czarnych ślepiach człapie do wyjścia, gdy
musi zrobić mały toaletowy kurs na łąki. Gdyby nie codzienny zabawowy trening
serwowany przez małą pańcię, pewnie nie budziłaby się wcale. Czasem zastanawiam się czy ona wie, że mieszka w obcym kraju, gdzie psy może też
szczekają zupełnie inaczej, czy jest jej to zupełnie obojętne? Najważniejsze,
że znajome ręce poklepują i głaszczą
przyjaźnie, no i zawsze czeka pełna micha. Szczęściara, nie musi się adaptować…
Moje szczęście jak zwykle okopało się na pozycji
niezależnej. Mówi co myśli i tylko wtedy
gdy ma coś do powiedzenia. U nowych
współpracowników i sąsiadów ma opinię mruka, świetnego fachowca i nieczęsto zaczynają rozmowę z nim od: ca va? Kiedy nasi sąsiedzi, Tina i Claude robią wspólnie ciasto na lazanię, to
popatrując w ich kuchenne okno -
zazdroszczę. Oszalałaś?! - pokrzykuje piękna Włoszka z Neapolu. – Ja nawet do wkręcania żarówek muszę wzywać fachowca, bo mój chłop ma
dwie lewe ręce! Mój za to, za każdym razem szuka po szafkach kubka do kawy,
zupełnie jakbym codziennie go przed nim ukrywała… Są na tym świecie rzeczy
niezmienne.
Przez ostatnie trzy lata śmiałam
się i płakałam na zmianę. Pakowałam walizki, by za chwilę z nadzieją je
rozpakowywać. Wydawało mi się, że już, już wiem, by wieczorem odkryć na nowo
pustkę w głowie. Pocierałam szczotką
skórę pod codziennym prysznicem by stała się grubsza, odporniejsza, jak tarcza.
Wydawało mi się, że wraz z tą zmianą umarły we mnie wszystkie słowa, sny,
dążenia. Łapczywie chwytałam w dłonie każdy dzień , myśląc, że przyniesie
odpowiedź… Starych drzew się nie przesadza. Podobno. Dziś już nie jestem tego taka pewna. Nie
tęsknię, nie rani mnie niczyja obcość, inność czy niezrozumienie. Joanna ze Wzgórza musiała umrzeć, by urodzić
się na nowo..
Według googlowej informacji na szok kulturowy składa się kilka etapów. Kolejne to zachwyt, zniechęcenie, adaptacja… W przededniu naszej 3 rocznicy pobytu we
Francji mam nadzieje, że dotarliśmy do ostatniej stacji z napisem – rozumiem i
akceptuję. Ciąg dalszy nastąpi…
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)